Fot. Michael Fassbender jako Makbet / youtube.com

Wiecie jak to jest z filmami opartymi na klasyce - nawet pozostanie w bezpiecznych ramach z góry skazane jest na rozżalone głosy o aktorach niedopasowanych do wieloletnich wyobrażeń czytelników, czy o uszczuplenie danego wątku. Nowatorska koncepcja? Jeszcze gorzej - równa się podpadnięciu połowie widzów. Wydaje się, że próba interpretacji dzieła, które wszyscy znają na wylot jest z góry skazana na porażkę, ale Kurzel odnalazł złoty środek. "Makbet" zachował teatralność i klasyczność, ale jednocześnie zaserwowany jest w bardzo ciekawej formie.

REKLAMA
To film pełen skrajności - z ciemnych pomieszczeń przeskakujemy do oślepiająco jasnych przestrzeni, po wyszeptanych kwestiach z fotela podrywa nas krzyk, a delektowanie się krajobrazami przerywa naturalistyczne ujęcie sterty trupów. Na szczęście przemoc, przytłaczający mrok i szaleństwo nie przysłaniają godnych przynajmniej nominacji do Oscara kreacji. Fassbender i Cotillard wcielając się w naznaczone fatalizmem małżeństwo zagrali jedne z najlepszych ról w karierze, pokazali jak wiele emocji można przekazać oczami i zbudowali pełne erotyzmu napięcie w scenach sam na sam. Francuzka o łagodnej, delikatnej urodzie nie była oczywistym wyborem, jednak tak jak i Lady Makbet nie pozostała w cieniu. Nie ma ani sekundy na ekranie, której nie wykorzystałaby w stu procentach. Rola Fassbendera już zawsze wymieniana będzie przy jego nazwisku. Wstręt do samego siebie, pożądanie, obłęd – popis aktorstwa.
Kurzel znalazł miejsce i na intymność i na rozmach. Nawet jeśli kogoś znużą pełne mroku i nieustannego bólu obrazy, to zostanie rozbudzony przez fantastyczne sceny walki. To wizualna perełka nie tylko ze względu na malowniczą Szkocję, ale i z głową wykorzystane slow motion oraz ciekawe, acz ryzykowne ujęcia (naprawdę słabo oświetlone twarze czy postaci pokazane w bezruchu). „Makbet” jest produkcją, która przede wszystkim mówi obrazem. Jest przejmująca, bardzo ponura i niełatwa w odbiorze. Przeszywająca muzyka i dreszcze nie pozwalają beztrosko siedzieć w fotelu. Ten film jest jak skok z klifu do lodowatej wody. Brud i zło przerażają i wciągają jednocześnie. Przesiąknięta ciemnością i krwią, niebanalna interpretacja „Makbeta” zyska wielu fanów i przeciwników, ale nikt nie przejdzie obok niej obojętnie. W polskich kinach od 27 listopada.