Przed wami, drogie dzieci, dowód na to, że po kaszubsku nie musi być tylko śledź.
REKLAMA
Dzień dobry, kochane dzieci. Tematem dzisiejszej lekcji będzie, tylko pisać, bo nie będę powtarzać. Nie będę powtarzać dwa razy, he he. Dość tych żartów. Nie będę się powtarzać.
Tematem jest płyta z muzyką Ola Walickiego.
Wiem, że już jakiś czas temu mieliśmy ten temat poruszony na tablicy, ale z doświadczenia wiem, że trzeba wam kilka razy o jednej rzeczy mówić. He, he. No, właściwie to nie przygotowałam się na dzisiejsze zajęcia, więc zjecie odgrzanego kotleta.
Wasza kochana pani nauczycielka, czyli ja, była na koncercie i kupiła płytę, którą koniecznie musi wam zaprezentować. I nie dlatego, żeby minęło nam 45 minut bezboleśnie i szybko, ale dlatego, że mam w sobie resztki ochłapów chęci szerowania kaganka oświaty.
Jak wiecie, polska muzyka mnie bardzo zasmuca, z powodu wykorzystywania audio-mód, fashionmusic, a nie wiedzy na temat brzmień, które można osiągnąć za pomocą różnych zabiegów, o których nie będę tu teraz rozprawiać, bo jak patrzę na Jasia, któremu z gęby leci ślina, kiedy zasypia nad ławką, to odechciewa mi się nawet sprawdzać Onet na smartfonie. A co dopiero opowiadać o cymbałkach i ukulelach.
W czasach, kiedy wrzucacie na swoje zakute wall’e mini-piosenki, będzie to dla was bardzo zaskakujące i intrygujące wręcz.
Płyta Ola Walickiego „Kaszebe II” jest zbiorem wielu ciekawych pomysłów muzycznych i tekstowych. Zupełnie niepodobna do pierwszego Kaszebe, które kiedyś wam puszczę, może w nagrodę pod koniec roku. Bardziej surowa, można by rzec rockowa, ale wcale a wcale mnie to nie dobija wow wow wow!
Musicie koniecznie naciągnąć na CD swoich starych. Rozkazuję wam mieć ją, to obowiązkowe tak jak obowiązkowy jest podręcznik i zeszyt w pięciolinię.
Słyszałam, matołki, że ostatnio panuje wśród was moda na jakieś fuj okropności, dlatego mam dla was epitafium. Ha ha ha, żartuję. Zastosujcie się do rady pańci, to będzie to zwykły dwuwersik. NA PAMIĘĆ NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ!
„Lepiej płyty słuchać w odtwarzaczu
Niż mieć fakap po dopalaczu”
A teraz słuchać!
Tematem jest płyta z muzyką Ola Walickiego.
Wiem, że już jakiś czas temu mieliśmy ten temat poruszony na tablicy, ale z doświadczenia wiem, że trzeba wam kilka razy o jednej rzeczy mówić. He, he. No, właściwie to nie przygotowałam się na dzisiejsze zajęcia, więc zjecie odgrzanego kotleta.
Wasza kochana pani nauczycielka, czyli ja, była na koncercie i kupiła płytę, którą koniecznie musi wam zaprezentować. I nie dlatego, żeby minęło nam 45 minut bezboleśnie i szybko, ale dlatego, że mam w sobie resztki ochłapów chęci szerowania kaganka oświaty.
Jak wiecie, polska muzyka mnie bardzo zasmuca, z powodu wykorzystywania audio-mód, fashionmusic, a nie wiedzy na temat brzmień, które można osiągnąć za pomocą różnych zabiegów, o których nie będę tu teraz rozprawiać, bo jak patrzę na Jasia, któremu z gęby leci ślina, kiedy zasypia nad ławką, to odechciewa mi się nawet sprawdzać Onet na smartfonie. A co dopiero opowiadać o cymbałkach i ukulelach.
W czasach, kiedy wrzucacie na swoje zakute wall’e mini-piosenki, będzie to dla was bardzo zaskakujące i intrygujące wręcz.
Płyta Ola Walickiego „Kaszebe II” jest zbiorem wielu ciekawych pomysłów muzycznych i tekstowych. Zupełnie niepodobna do pierwszego Kaszebe, które kiedyś wam puszczę, może w nagrodę pod koniec roku. Bardziej surowa, można by rzec rockowa, ale wcale a wcale mnie to nie dobija wow wow wow!
Musicie koniecznie naciągnąć na CD swoich starych. Rozkazuję wam mieć ją, to obowiązkowe tak jak obowiązkowy jest podręcznik i zeszyt w pięciolinię.
Słyszałam, matołki, że ostatnio panuje wśród was moda na jakieś fuj okropności, dlatego mam dla was epitafium. Ha ha ha, żartuję. Zastosujcie się do rady pańci, to będzie to zwykły dwuwersik. NA PAMIĘĆ NA PRZYSZŁY TYDZIEŃ!
„Lepiej płyty słuchać w odtwarzaczu
Niż mieć fakap po dopalaczu”
A teraz słuchać!
