Sięgam pamięcią do lat 60. Przaśnych: cedzenia przez maleńkie radiowe sitka muzyki z Zachodu, pocztówek dźwiękowych i z rzadka tylko obcowania z okładkami i winylami zawierającymi to, co mościło sobie raz na zawsze miejsce w wielu sercach. Wtedy wszystko było pierwsze. Świeże i oszałamiające,.

REKLAMA
*
Profesor Wilkoń powiedział kiedyś do nas, studentów, że o wiele bardziej ceni Mickiewicza niż Słowackiego. Postawił mnie, dwudziestokilkulatka wtedy, urzeczonego olśniewającą frazą tego drugiego, na baczność. „Na Mickiewiczu da się pokazać wszystko, a na Słowackim…” - machnął chyba nawet ręką.
Spory na temat
wyższości kotów nad psami
lub odwrotnie (to z kolei porównanie profesora Sławka dotyczące fanów czwórki z Liverpoolu oraz miłośników Toczących się Kamieni) ucichły już dawno. W muzyce bowiem, inaczej niż w życiu, zdecydowanie dopuszczalna jest poligamia, a ściślej: atencja nie dla jednego tylko, a wielu wykonawców. Ilekroć myślę o tych kwestiach, zadumany jestem nad swą miłością starzejącego się człowieka do idoli z czasów dzieciństwa i młodości. Nie do wszystkich jednak, a tych, którzy w moim pojęciu (usytuowanym wśród podobnych pojęć milionowych rzesz na całym świecie) dali radę - konkurencji, modom, stylom. Czasowi.
Sięgam pamięcią do lat 60. Przaśnych: cedzenia przez maleńkie radiowe sitka muzyki z Zachodu, pocztówek dźwiękowych i z rzadka tylko obcowania z okładkami i winylami zawierającymi to, co mościło sobie raz na zawsze miejsce w wielu sercach. Wtedy wszystko było pierwsze. Świeże i oszałamiające, fascynujące i rzucające po wielekroć na kolana. Wtedy byłem mały, zbierałem guzy na czole, uderzając głową w kant stołu.
Od tamtych chwil mija ponad pół wieku. Strach liczyć – szmat godzin i dni. Od dawna nad niczym w muzyce nie pochylam się z równie wielkim zainteresowaniem i czułością, jak nad tamtymi płytami. Tamtymi – nagranymi
gdzieś pomiędzy 1956 a 1975 rokiem,
gdy mowa o rocku. Pochylam się wciąż – nad tym, co znam, i nad tym, co dotąd nadal nie dotarło do moich uszu.
*
Czy w mijającym tygodniu zdarzyło się coś ważniejszego niż jubileuszowe wydania Abbey Road? W muzyce z pewnością nie. Jeśli trzypłytowe Honk Stonesów nabyłem, dopiero gdy nadszedł moment, w którym kosztowało 34,99 zł, o tyle w przypadku Beatles nie zwlekałem ani chwili. Po ubiegłorocznych zachwytach nad trzykrążkowym wydaniem Białego Albumu, po tym, co usłyszałem w popołudniowej piątkowej audycji Piotra Metza nadawanej z Londynu, nie miałem wątpliwości, że trzeba wysupłać dziewięćdziesiąt złotych.
The Beatles to jedno wielkie wzruszenie i świętość. Kapela największa. Nie lubię sportowego podchodzenia do muzyki, ale gdybym miał wskazać tę jedną, jedyną grupę to… nie byłaby to The Rolling Stones, nie Led Zeppelin i nie The Doors, lecz czwórka z Liverpoolu. Trochę czasu mi zajęło dojście do tej konstatacji, trochę lat. Ale wiele już lat mija też, odkąd nie zmieniam zdania. Na Beatlesach, jak na Mickiewiczu, da się pokazać wszystko: klasyczną piosenkę i mocne gitarowe granie, balladę i psychodelię, pastisz i romans z orkiestrą. Pełną skalę muzycznej wyobraźni i wrażliwości.
*
Abbey Road to była pierwsza płyta Bitli, którą kupiłem na CD, bodaj w 1994 roku. Czyli dokładnie w połowie dystansu, jaki dziś dzieli nas od jej wydania, 26 września 1969 roku. Pięćdziesiąt lat to dostatecznie długi czas, by móc bez większych obaw stwierdzić, iż ten longplay to (kolejne kwartetu) arcydzieło. Chyba nie tylko w kategoriach pop music, ale muzyki w ogóle. Sztuki. Że to
dzieło sztuki.
A fragmenty tego, co doprowadziło McCartneya, Lennona, Harrisona i Starra do finalnego efektu, wybrane na drugą płytę tzw. tejki, któreś tam z kolei podejścia zespołu do kolejnych numerów, to wspaniała wartość dodana. Materiał świetnie znany od dawna podany został w nieco inny sposób. Trochę od kuchni, niedoskonały, tu i ówdzie urwany, z zapisem głosów, komentarzy muzyków. Tak jak wzruszające są Esher Demos, akustyczne wersje piosenek z Białego Albumu, tak chwytają za serce nagrania prezentujące The Beatles na gorąco, podczas pracy w studiu nad ostatecznym kształtem utworów. Raz jeszcze pokazujące skalę talentu całej czwórki, która – choć skłócona i oddalająca się od siebie – sięgała artystycznych szczytów. To rodzaj emocji nieprzeliczalny na pieniądze.
(The Beatles, Abbey Road, 2 CD Anniversary Edition, 2019)