Foto.: Malina Majewska
Foto.: Malina Majewska

Kiedy wczoraj wysiadłam z pociągu przywitały mnie… balony. Dużo kolorowych balonów, na dziwnym dźwigu przed Pałacem Kultury. Spokojnie, nie mam na tyle wybujałego ego, by choć przez chwilę pomyśleć, że miało to cokolwiek wspólnego z moim powrotem ze Szczecina. Ale co tam robiła ta przedziwna konstrukcja?? "Jak to - co?! Dzień Dziecka!" szybko mnie uświadomiono.

REKLAMA
logo
Foto.: Malina Majewska

W ciągu dnia natknęłam się na jeszcze kilka równie "wyrafinowanych" form obchodów święta, które jakąś dekadę temu lubiłam bardziej niż Boże Narodzenie. Tu kiermasz, tam teatrzyk albo warsztaty. Tu wata cukrowa, tam kukurydza, malowanie buziek, pokaz pożal-się-boże cyrkowców. Nie twierdzę, że w Warszawie nie działo się kompletnie nic ambitniejszego - impreza w Muzeum POLIN miała aspiracje edukacyjno-rozrywkowe i zrealizowała je z wielkim powodzeniem - ale wszystko to obracało się jednak wokół podobnych motywów. Dość zgranych. Po raz kolejny w tym tygodniu pozazdrościłam mieszkańcom Szczecina. Nie tylko tym najmłodszym.
logo

Dlaczego Szczecina? W sobotę, 30.05, miała tam miejsce premiera "Alicji w Krainie Czarów" do muzyki Przemysława Zycha i z choreografią Jacka Tyskiego. Baletu, który stworzono od A do Z z myślą o dzieciakach. Co w tym niby wyjątkowego?? - zapytacie. Przecież w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej też wystawia się "Kopciuszka", czy "Dziadka do orzechów"… Fakt, ale jest jedna podstawowa różnica - podczas kolejnego wznowienia nie zobaczycie na scenie ramię w ramię choreografa i kompozytora. Z bardzo prostej przyczyny - zarówno Prokofjew jak i Czajkowski od dość dawna nie żyją. Natomiast muzykę do "Alicji…" napisał młody i temperamentny kompozytor, specjalnie na potrzeby szczecińskiej Opery na Zamku. A w naszym kraju nie często pisze się coś specjalnie pod konkretne przedsięwzięcie baletowe...
logo

Bilety na wszystkie cztery spektakle sprzedały się w jeden dzień. Ci, którzy weszli w ich posiadanie mogą uważać się za szczęściarzy. Jacek Tyski stworzył spektakl, który faktycznie przenosi do Krainy Czarów. Choreografia jest perfekcyjna pod względem technicznym a jednocześnie tak lekka, że publiczności wydaje się, iż bez problemu mogłaby dołączyć do tancerzy i razem z nimi pląsać po scenie. Muzyka Przemka Zycha przywodzi na myśl ścieżki dźwiękowe z najlepszych hollywoodzkich produkcji - i nie mam bynajmniej na myśli kreskówek. Oprawa multimedialna przygotowana przez Cypriana Piwowarskiego, będąca filarem całej scenografii, działa chyba podprogowo, bo nawet dziś kiedy zamykam oczy, widzę obrazy z pałacu Białej Królowej, czy herbatki u Kapelusznika. Całości dopełniają kostiumy Marty Fiedler i fryzury Marka Bryczyńskiego - wszystkie postaci wyglądają jak żywcem wyjęte z kart opowieści Lewisa Carolla. Jeśli do czegoś miałabym się przyczepić, to tylko do komunikacji spektaklu, zapowiadanego jako balet dla dzieci. Tak jak książka nie jest wcale dla szkrabów, które nie odczytują niuansów fabuły, tak spektakl w żadnym wypadku nie powinien być traktowany jak produkcja stricte familijna - im macie więcej lat, przeczytanych woluminów, obejrzanych przedstawień i filmów - tym większą przyjemność będziecie czerpać z tej interpretacji "Alicji…". A przecież każdy z nas zasługuje na jakiś prezent na Dzień Dziecka!
logo

Co mnie zaniosło do Szczecina właśnie? Hmm, to dłuższa historia. Powiedzmy, że ciągoty do teatru. W każdym razie byłam tam w charakterze zawodowym. Możecie mi zarzucić, że do projektów, przy których sami pracujemy traci się dystans. Trochę się nie zgodzę - doskonale wiem, co wyszło dobrze a co nie, mam w swoim portfolio kilka przedsięwzięć, które (eufemistycznie to ujmując) zachwycające nie były. Inna rzecz, że przy "Alicji…" właściwie nie pracowałam, wpadłam na kilka dni pomóc dopiąć kilka maleńkich detali. Widziałam praktycznie skończone dzieło. I to był kosmos! Ale ten projekt jest skazany na sukces - stoi za nim zespół, jakich mało. Trochę podobny do tego, z którym pracowałam przy "Pasji". Ludzie inspirujący artystycznie i urzekający prywatnie. Przyznaję otwarcie - szczecińska ekipa kompletnie mnie uwiodła. Bałam tego wyzwania - przyjedzie jakaś dziewoja z Warszawy, w sumie na gotowe, niby coś tam ma dopilnować, ale kto to w ogóle jest? Brakowało bardzo niewiele, a bym się wycofała, zwłaszcza, że miałam świetny pretekst w postaci zapalenia ucha środkowego. Górę wzięły poczucie obowiązku i konsekwencja - oj, jak dobrze! Cudowni twórcy, kompletnie zakręceni na punkcie sztuki i teatru. Jacek, Przemek, Magda, Marek, Karol, Robert - wyraziste osobowości, trochę zakapiory, trochę poeci teatru a przede wszystkim nosiciele wirusa kreatywności. Wspaniałe panie krawcowe i garderobiane, które z cierpliwością godną Szymona Słupnika znosiły uwagi "dziewczynki znikąd". Zespół baletowy, któremu faktycznie się chce i który wyciska siódme poty, żeby tylko ich choreograf był zadowolony. Mogłabym tak Was zanudzać tą litanią do jutra…
logo
Foto.: Malina Majewska

Prawda jest taka, że po "Passion/Pasji" Piotrka Hulla bardzo tęskniłam do teatru, do kolejnego projektu tworzonego od kulis. Nie myślałam, że tak szybko tam wrócę. Co więcej - to chyba jest mój rok, bo trafiłam do kolejnego przedsięwzięcia, gdzie na najwyższym C gra nie tylko czynnik artystyczny, ale też ludzki ;)
logo

A na koniec dwa słowa o samym Szczecinie. Pojechałam tam jako kompletna ignorantka, nie mająca pojęcia o tym, jak to miasto wygląda. Spodziewałam się kolejnego przytłaczającego, smutnego, głośnego i zaniedbanego punktu na mapie Polski. Nieporozumienie! Szczecin turystycznie może być trudny, bo nie ma tam jednego ryneczku, czy głównej ulicy. Ale po tych kilku dniach mam wrażenie, że to nie jest miasto do zwiedzania tylko do życia. Szerokie bulwary, skwery z kafejkami, urokliwe uliczki z parasolkami i zachwycający deptak nad Odrą. Ludzie, którym mniej się spieszy, którzy częściej się do Ciebie uśmiechają i tytułują per "aniołeczku". I Opera na Zamku - scena, która podobnie jak warszawski Teatr Wielki - Opera Narodowa serwuje dwie premiery baletowe w roku. Jasne, można się też przyczepiać - do przeciągających się remontów, inwazji sklepów Małpka i Żabka albo do tego, że Opera nie jest na Zamku tylko w hangarze (bo Zamek się remontuje) ale po co? Jest wiosna, świeci słońce (czasami…) a w powietrzu unosi się zapach ciężkich akacji - to nie pora dla malkontentów!
logo