UNESCO ustanowiło 30 kwietnia Międzynarodowym Dniem Jazzu, ładnie to uzasadniając to piórem swej dyrektor(ki) generalnej Iriny Bokowej:
REKLAMA
Jazz jako zjawisko kulturowe, mające swoje korzenie w tradycji afrykańskiej, północno-amerykańskiej i europejskiej czerpie żywotność i koloryt z wielu kultur, przyczyniając się do promocji dialogu międzykulturowego, poszanowania praw człowieka, jego godności, równości płci oraz eliminowania dyskryminacji społecznych. Fenomen jazzu, postrzeganego jako uniwersalny język artystyczny, jest jednym z elementów łączących światowe kultury, tradycje i wątki muzyczne.
Wszystko do święta prawda, ale jazz w Polsce po wojnie spełniał, i to chyba aż do czerwcowego przełomu ’89 szczególną rolę - nie tylko artystycznego łącznika z wolnym światem, bo był także kreatorem specyficznej przestrzeni wolności tu na miejscu. Wszystkich, którzy wtedy grali i słuchali jazzu, poważnie się nim interesując, łączyło swego rodzaju pokrewieństwo duchowe. Miałem wrażenie, że odczuwali coś w rodzaju dumy z faktu znalezienia się w kręgu jakby objawionej prawdy – w przestrzeni w której wszystko było jakoś bardziej serio niż dookoła.
Przypomina mi się pewien jam w warszawskim, studenckim klubie „Remont” po koncercie Jazz Jamboree - mniej więcej w połowie lat 70-tych: stałem pod ścianą zasłuchany, chłonąc improwizacje muzyków z różnych stron świata. Byli tam i Amerykanie i Niemcy z NRD, jakiś Rosjanin, oczywiście także Polacy. W pewnej chwili posłyszałem głos stojącego za moimi plecami Jasia Gonciarczyka, kontrabasisty w Krakowa, który konfidencjonalnym szeptem wyjaśnił mi do ucha rzecz całą bez ogródek: Coś mi się zdaje, że hasło „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”- ktoś nam podp….
