Nie oceniaj książki po okładce. W dobie bezokładkowej myśl ta może wydać się nieco anachroniczna. A gdyby ją czymś zastąpić? Ot, choćby w duchu postkolonialnym: nie oceniaj książki po gatunku.

REKLAMA
logo
źródło: fotokorpus.pl
Neil Gaiman w jednej z prelekcji, wygłoszonej dla Reading Agency w Londynie, wyraził przekonanie, że nie istnieje coś takiego jak zła książka dla dzieci. Podważając rozróżnienie na literaturę dziecięcą i „dorosłą”, wykazał, że młodsi czytelnicy mają prawo do sięgania po takie opowieści, jakie wydają się im atrakcyjne. Ograniczanie ich do edukacyjnego kanonu, coraz bardziej wątpliwego, może zabić miłość do przewracania stron. Każdy na pewno pamięta syndrom szkolnej lektury; choćby opowieść była nad wyraz atrakcyjna, poprzez przymus jej czytania i narzuconą interpretację, sięga się po nią z niechęcią. A przełamanie stereotypu zakorzenionego w dziecięcym doświadczeniu okazuje się często niemożliwe.
Nie posunę się do tego, by postawić tezę, że nie istnieją złe książki w ogóle. W zamian za to pozwolę sobie przytoczyć myśl Ryszarda Kapuścińskiego: każda książka zawiera przynajmniej jedną fascynującą myśl. Nieistotne, czy znaleziona w Czarodziejskiej górze, w cyklu o Szkole Magii i Czarodziejstwa czy perypetiach Bridget Jones – jeśli uaktywnia naszą wyobraźnię, już spełniła swoje zadanie. Jesteśmy zobligowani do fantazjowania. Hasła: rozwój, postęp, nowoczesność, tak popularne na sesjach couchingowych – czymże są, jeśli nie realizacją życzeń z pogranicza jawy i snu?
Przy okazji dyskusji o książkach dla dzieci lubię przytaczać anegdotę z czasów studenckich Mamy. Jednym z obowiązków przyszłych nauczycieli jest zapoznanie się z odpowiednią liczbą publikacji, których docelowymi odbiorcami są dzieci. Realizując zadanie, pewnego razu Mama postanowiła uprzyjemnić sobie podróż pociągiem lekturę Chatki Puchatka. Zaśmiewała się przy tym do rozpuku; natomiast jej współpasażerowie, spoglądając na okładkę trzymanej przez Mamę publikacji, coraz bardziej marszczyli czoła i wysoko unosili brwi.
Z książek nie wyrasta się jak z ubrań. Czasem zmieniają się upodobania kolorystyczne, ulubione kroje, z wiekiem niektórzy nabywają wrażliwości na dopasowanie do siebie poszczególnych elementów garderoby. Jednak nie uwierzę, że nawet najbardziej wysmakowany elegant, biznesman pod krawatem, uczony w dopasowanym garniturze – nie mają takich chwil, gdy z ulgą odwieszają szyk do szafy, zastępując go rozciągniętym dresem, wiekowym szlafrokiem
i kiczowatymi, spracowanymi kapciami. Z książek nie wyrasta się jak z ubrań.
Oświatowo poprawnym zdarza się, mniej i bardziej otwarcie, deprecjonować pewne czytelnicze gatunki. W Polsce w opinii powszechnej wciąż fantastyka kryje się w jakiejś wstydliwej niszy, a kryminał kojarzony jest z kieszonkowym wydaniem do tramwaju. O komiksie nie warto nawet wspominać; o ile zauroczenie Chatką Puchatka można by jeszcze obronić, historia w obrazkach w dłoniach poważnego mecenasa raczej nie przysporzyłaby mu klientów.
A jednak, paradoksalnie, fantastyka zdaje się całkiem dobrze radzić wśród polskich czytelników. Abstrahując od zatrważającego – jeśli wierzyć raportom Biblioteki Narodowej – poziomu czytelnictwa, to właśnie fantaści przyczyniają się do podbijania wyniku o parę oczek w górę. Niech świadczy o tym choćby popularność organizowanych w całej Polsce konwentów miłośników tej literatury – poznański Pyrkon, który startuje już dziś i potrwa do niedzieli, w ubiegłym roku zgromadził prawie 25 tysięcy uczestników.
Jeśli ktoś wątpi, że fantastyką i komiksem można zajmować się poważnie, pozwolę sobie przytoczyć zaledwie parę punktów programu ze wspomnianego wyżej Pyrkonu: Wymyślanie ludzkości. Posthumanizm, Małe trolle i wielkie bum, czyli Muminki jako opowieść postapokaliptyczna, Związki robotyki i fantastyki naukowej... Czego można dowiedzieć się o polskiej tożsamości przez pryzmat popularności fantastyki historycznej i historii alternatywnych w naszym kraju? Kiedyś pod fantastyczną maską literatura obnażała mechanizm totalitarny – czy robi to nadal, a jeśli nie, to czym zajmuje się teraz?
Nie sugeruję, że teraz każdy fantasto-sceptyczny powinien popędzić do księgarni
i przeprosić się z Tolkienem. Podpowiadam natomiast, by czasem zamiast na uporządkowane księgarniane półki, zajrzeć w chaos antykwariatów. Dlaczego?
To trochę jak z markowymi sklepami odzieżowymi i lumpeksami. Załóżmy, że z pewnych względów sprzykrzyły się nam kreacje H&M, a wierni jesteśmy koszulkom z, dajmy na to, Top Secret. Zakodowani w swoich wyborach, nigdy nie zajrzymy do H&M, bo naszym gustom odpowiada tylko i wyłącznie metka Top Secret.
Polecam przyjrzeć się etatowym bywalcom antykwariatów i lumpeksów. Z jaką delikatnością, czułością wręcz przeglądają nieposortowane obiekty swego zainteresowania. Wąchają i palcami badają materiał. Jak błyszczą im się oczy, gdy w swoich poszukiwaniach trafią na prawdziwą perłę. Marka? A kto ją tam wie, a już na pewno nie sprzedawca.
Z książek nie wyrasta się jak z ubrań.