
Mówiąc „nie jestem feministką” obrażasz każdą kobietę, która niecałe sto lat temu była przetrzymywana w więzieniu i przymusowo karmiona, żebyś ty mogła głosować.
REKLAMA
Taki wpis przed dwoma tygodniami ukazał się na profilu w popularnym portalu społecznościowym Feminoteki. Jak można się było spodziewać, pod zdjęciem, pokazującym właśnie jedną z więźniarek, natychmiast zaczęły pojawiać się komentarze. Kobiety, które odważyły się polemizować z treścią obrazka („nie jestem feministką, bo...”) uznawane były za podległe mężczyznom, niemające własnego zdania, niedouczone, by podać kilka najłagodniejszych przykładów. Powtarzały się też głosy „pro-feministek”, stwierdzające: jestem feministką, bo jestem kobietą. Dało mi to do myślenia.
Karen Blixen, którą w 1939 roku poproszono o wygłoszenie przemówienia na międzynarodowym kongresie kobiet w Kopenhadze, przyznała: „Mówiąc jednak o feminizmie, muszę się zastrzec, że jest to kwestia, której nie rozumiem i którą nigdy z własnej woli się nie zajmowałam”. Tak, to ta kobieta, która w latach 20. ubiegłego wieku zamieszkała w Afryce, by po rozwodzie z mężem samodzielnie zarządzać plantacją kawy. Po plajcie farmy wróciła do Europy, opublikowała dwie powieści i kilka tomów opowiadań. Wybudowany jej metafizyczny pomnik z feministycznych składek wzmocniła tylko rola Meryl Streep z Oscarowego Pożegnania z Afryką.
Simone de Beavoir, autorka przełomowej dla feminizmu egzystencjonalnego i tegoż ruchu w ogóle Drugiej płci, odżegnywała się początkowo od definiowania siebie jako feministki. Dopiero w roku 1972 (Druga płeć ukazała się w 1949 roku) przyznała, że rzeczywiście, była (!) feministką. Czy w takim razie przez ćwierć wieku, gdy dla samookreślenia zamiast feministki używała pojęć socjalistka, egzystencjonalistka albo... kobieta – zawieszona była w próżni?
Najczęściej bodaj cytowane zdanie Simone de Beavoir pochodzi z Drugiej płci. Zdanie, w którym streścić można „ten okropny gender”, kiedy nie ma się ochoty na dyskusje, ale przemilczenie wiązałoby się z wyrzutami sumienia. Brzmi: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”.
Jedna z koncepcji historii ruchu feministycznego dzieli go na fale. Nawiązując do tej hydrometafory, pozwolę sobie na banalne stwierdzenie, że odbieranie feminizmu jako walki o parytety w sejmie, mniej i bardziej stężonego mizoginizmu, debat o przemocy w rodzinie – to ledwie kropla w oceanie teorii. Feminizm to ideologia, to ruch społeczny i kierunek polityczny. Wykorzystuje się go w filozofii, teorii literatury, teologii. Prosty podział na feministki i antyfeministki się nie sprawdzi, gdyż po sproblematyzowaniu teorii okazuje się, że tak rozległe zagadnienie posiada wiele odłamów, często wewnętrznie sprzecznych i popadających w konflikt.
Nie śmiąc brnąć w teoretyczne dywagacje, pozwolę sobie jedynie na zaproponowanie uzupełnienia – z całą pokorą – myśli dwudziestowiecznej filozofki. „Nie rodzimy się feministkami – stajemy się nimi”.
Prowokując intelektualne poszukiwania, zakończę ów luźny strumień myśli grą słów, zachęcając do poszukiwania Prawdy. (Truth)
Mówiąc: Je ne suis pas feministé, pytam Ain't I a woman?
