Ręce mi opadły, gdy usłyszałam, że obejrzenie filmu „Ida” to kanon jakiegoś lewackiego mainstreamu. I z tego powodu pan Warzecha go nie obejrzy, choćby film obsypano wielkokrotnością już przyznanych mu nagród, z Oscarem na czele. Doprawdy, nie wiem czy to przeżyję. Może zresztą nie powinnam, bo „Idę” widziałam i zrobiła na mnie wrażenie. Większe nawet od zaliczenia mnie w poczet zdeprawowanego do szpiku kości mainstreamu (sic!).

REKLAMA
Prawdę mówiąc, po sądzie ostatecznym nad książką „Sąsiedzi” Grossa i filmem Pasikowskiego „Pokłosie” mogłam się spodziewać krucjaty prawdziwych patriotów przeciw polakożercom. Bo za takich część (mam nadzieję!) naszej prawej strony politycznej uznała twórców „Idy”. Ci bowiem wpisali się w antypolską propagandę, której żelaznym dowodem są funkcjonujące w zachodnich przekazach „polskie obozy śmierci” - przekonywał w telewizyjnym okienku pan Piłka. Szczęśliwie, z tego samego okienka przemówił też pan Raczek, który trafnie podsumował dyskutowany tu problem „Żydzi a sprawa polska”. Jego zdaniem Pawlikowski wziął na warsztat temat faktycznie trudny, ale podał go ze znieczuleniem, jakim jest estetyka filmu, jego poetyckość, klimat... Lepiej bym tego nie określiła!
Nic to jednak, że „Ida” została obsypana deszczem nagród w kraju i zagranicą. Że to pierwszy polski film pełnometrażowy, który dostał prestiżowego Oscara. Mowy nie ma o radości, o satysfakcji nie wspominając. Lepiej opluć, zgnoić i lizać rany po domniemanej krzywdzie! Wszak Polska, jako ten „Chrystus narodów”, cierpienie ma wpisane w swoją tożasamość. To i cierpcie sobie panowie w kąciku (skoro mainstreamem się brzydzicie!), byle po cichu. Nie odstraszajcie Kowalskich od filmu, gdy teraz jest szansa, że ludzie pójdą na „Idę”. I nieważne czy tylko dlatego, że to produkcja oskarowa czy też, że zobaczyć to po prostu wypada, bo w każdym przypadku obejrzą dobry film. A dotąd w Polsce zrobiło to niewiele ponad 100 tysięcy widzów, podczas gdy we Francji na „Idę” podobno waliły tłumy. Trochę to smutne, choć nie przypuszczam, że na braku większego zainteresowania rodaków „Idą” zaważył ogłoszony z prawa antypolski charakter filmu. Raczej fakt, że wolimy tzw. kino lekkie, łatwe i przyjemne, ewentualnie mocny kryminał czy film grozy. Najlepiej zagraniczny.
A i tak kiniarze mogą z góry spoglądać na księgarzy. Oni bowiem bliscy są ogłoszenia upadku polskiego czytelnictwa. Jego stan w najnowszym raporcie Biblioteki Narodowej może skłonić do desperackich czynów, skoro ledwie 41,7 % Polaków przeczytało w ubiegłym roku choćby jedną książkę! Ale, pocieszmy się, zawsze może być gorzej, przecież w 2013 r. po książkę sięgnęło o 2,5 % rodaków mniej, a teraz drgnął nawet odsetek osób czytających regularnie. Tyle, że to akurat – śmiem twierdzić – głównie za sprawą redaktora Michała Nogasia z radiowej Trójki oraz zaprzyjaźnionej Enny od kaktusów.
Na nic jednak wysiłki im podobnie rozczytanych, na nic „zielone światełko w tunelu”, które dostrzega raport BN, bo książki są passe! Skąd wiem? Ano z ulubionego kanału Domo, a konkretnie z programu „Home staging - mieszkania do sprzedania”. W skrócie: ktoś kto nie może znaleźć kupca na mieszkanie prosi specjalistkę, żeby tak zmieniła wystrój wnętrza, aby stało się „sprzedawalne”. W odcinku, który ostatnio oglądałam klientką była profesorka wykładająca w Polsce i Niemczech. Jej naturalnym środowiskiem są książki, wśród których - niczym w bibliotece - żyła w przytulnym mieszkaniu na poddaszu. Jednak z wiekiem schody stają się wrogiem (wiem coś o tym!), więc przyszedł czas na przeprowadzkę. A tu klops! Zaineresowanych niby sporo, ale po obejrzeniu mieszkania wycofują się. Profesorka, kobieta energiczna i samodzielna, poczuła się bezradna i poprosiła o pomoc panią Marię - specjalistkę od metamorfoz mieszkaniowych. Jakież było profesorskie zdumienie, gdy ta orzekła, że podejmie się zadania pod warunkiem usunięcia książek, bo te … nie sprzedają się!
Przyznam, że dotąd metamorfozy pani Marii na ogół mi się podobały. A inwestorzy byli wręcz zachwyceni i - co najważniejsze - odmienione mieszkania szybko znajdowały nabywców. Tym razem nie poszło tak gładko. Pani profesor na swój ogołocony z książek gabinet patrzyła ze zgrozą mówiąc, że nie potrafiłaby w nim pracować. Chodziła po starym-nowym mieszkaniu ze zdumieniem wysłuchując zapewnień panii Marii, że teraz jest dobrze. - Wiem co się podoba młodym ludziom, a pomieszczenia z książkami nie są trendy - dowodziła z uśmiechem, który z chwili na chwilę znikał za to z twarzy profesorki. I wcale nie mam pewności, że powrócił, gdy tak odmienione mieszkanie zostało sprzedane.
To się chyba nazywa pyrrusowe zwycięstwo?