
Po pierwszych dwóch monologach wydawało się, że będzie to ich ciąg w wykonaniu różnych wcieleń alter ego autorki „Podróży zimowej”, a więc statycznie, choć z wymyślnymi słowotokami. Ale skoro mogło być znacznie lepiej, to było. Pojawiła się bogatsza scenografia, kostiumy, ruch sceniczny, muzyka i śpiew. Teatr ze sprawnie podawanej prozy wysokiej rozkwitł w pełny swój kształt, rozbuchany i chłonący widza. Z czasem nawet znany krytyk teatralny z drugiej strony widowni nie tylko przebudził się, lecz oglądał z zainteresowaniem i klaskał z przekonaniem. Inscenizacja Jelinek uniknęła tego, co mogło ją spotkać, a mianowicie bycie wyłącznie „gadaną”. Choć lubię te językowe fanaberie i bunt właściwy dla austriackiej szkoły narzekania, do której przecież sam Thomas Bernhard należał, to zbyt długie wsłuchiwanie się, podkreślam, wyłącznie wsłuchiwanie się w Elfriedowe elaboracje byłoby męczące. Jak wiele rzeczy dobrych w małych dawkach, jak choćby czekolada, także i ta mogłaby zaszkodzić. A tak dostaliśmy tort odchudzony z tłuszczu. Bitą śmietanę, soczyste biszkopty, a pod koniec nawet wisienkę czerwoną niczym chusteczka magiczki.
Według utworu Elfriede Jelinek w przekładzie Ewy Bikont.
