
Proza Marka Krajewskiego jest dla mnie czymś zupełnie niestrawnym. Nie tylko dlatego, że nie przepadam za kryminałami, lecz przede wszystkim z powodu jej siermiężności. Przykrość, z jaką się ją czyta sprawiła, że – przyznaję uczciwie – nie udało mi się dobrnąć do końca żadnej powieści wrocławskiego łacinnika. Buduje zdania toporne, bez wdzięku, jakby nie czuł języka polskiego. Może w martwych jest inaczej, lecz w żywym potrzeba trochę więcej staranności. Dość powiedzieć, że dla mnie punktem odniesienia jest pisarstwo Michała Witkowskiego („Drwal” jest poniekąd kryminałem) i Jerzego Pilcha (w jednej ze starszych powieści też znajdujemy kryminalną intrygę). Popularność cyklu o Eberhadzie Mocku świadczy jednak o tym, że czytelnicy niezbyt przejmują się stylem. Prawdopodobnie czytają równie niedbale, jak Krajewski pisze. O ile jednak warsztat pisarski jest mojego ziomka słabą stroną, to ziom ten ceniony jest, jak słyszałem, za pomysły i historyczne poszukiwania. To właśnie one, jak mniemam, pozwalają zrekompensować literackie braki.
