"Koniec świata w Breslau"
"Koniec świata w Breslau" www.wteatrw.pl

Proza Marka Krajewskiego jest dla mnie czymś zupełnie niestrawnym. Nie tylko dlatego, że nie przepadam za kryminałami, lecz przede wszystkim z powodu jej siermiężności. Przykrość, z jaką się ją czyta sprawiła, że – przyznaję uczciwie – nie udało mi się dobrnąć do końca żadnej powieści wrocławskiego łacinnika. Buduje zdania toporne, bez wdzięku, jakby nie czuł języka polskiego. Może w martwych jest inaczej, lecz w żywym potrzeba trochę więcej staranności. Dość powiedzieć, że dla mnie punktem odniesienia jest pisarstwo Michała Witkowskiego („Drwal” jest poniekąd kryminałem) i Jerzego Pilcha (w jednej ze starszych powieści też znajdujemy kryminalną intrygę). Popularność cyklu o Eberhadzie Mocku świadczy jednak o tym, że czytelnicy niezbyt przejmują się stylem. Prawdopodobnie czytają równie niedbale, jak Krajewski pisze. O ile jednak warsztat pisarski jest mojego ziomka słabą stroną, to ziom ten ceniony jest, jak słyszałem, za pomysły i historyczne poszukiwania. To właśnie one, jak mniemam, pozwalają zrekompensować literackie braki.

REKLAMA
Dlaczego się tłumaczę? Cóż, jak zwykle poszedłem do teatru, a nie „na pisarza”. Jestem bowiem przekonany, że i książkę telefoniczną można wyreżyserować i zagrać w sposób interesujący, zebrać nagrody krajowe, pozaliczać zamorskie festiwale, przejść do historii. Tym razem jednak Agnieszce Olsten i zaproszonym przez nią do współpracy aktorom to się nie uda. Stworzyli spektakl komercyjny, efekciarski i – co najgorsze – nieporuszający. Usprawiedliwia ich tylko to, że mieli do czynienia z miałkim tekstem. Ale z drugiej strony, jeśli brakuje dobrego „uchwytu”, to nawet i dobry dramat warto odpuścić, co dopiero – przeciętną powieść.
Przedstawienie podzielone zostało na dwie części, z których pierwsza poświęcona została głównie sprawom, oględnie mówiąc, obyczajowym, w tym zwłaszcza osobistemu życiu głównego bohatera. Kryminalna intryga została zasygnalizowana, lecz śledztwo kierowane było raczej ku ustaleniu niewierności żony, niż wykryciu mordercy. Dopiero w drugiej, krótszej części nabiera tempa i poznajemy mniej więcej prawdę. Czytelniczki „Końca świata w Breslau” zapewne przypominały sobie w trakcie, jakie będzie rozwiązanie, a może, pomnąc je dobrze, wyglądały go tylko z fotelików. Teoretycznie miałem tę przewagę, że mogłem być zaciekawiony, kto zabił. Jednak brakowało w tym spektaklu napięcia, tajemnicy, sprawnie zbudowanej intrygi. Jeżeli był po temu potencjał, to został roztrwoniony na nieznośne, zwłaszcza w pierwszym akcie, dłużyzny.
Być może, gdyby całość trwała półtorej godziny, a nie ponad trzy, to dałoby się zaintrygować i utrzymać uwagę widzów. Jednak zamiast suspensu mieliśmy tanie chwyty niczym z tancbudy. Nie tylko aktorzy zostali rozplantowani na widowni (to w innym kontekście mogło zadziałać orzeźwiająco), lecz byli zeń wyciągani widzowie, przez Eberchada-wodzireja, nie żadnego tam radcę Mocka, przez typka szwendającego się nachalnie po widowni z zapalonym papierosem. To angażowanie widowni okazało się jakąś gigantyczną, szpetną protezą w spektaklu pozbawionym nóg.
Przepraszam, nóg trochę było. Ale pokazywanie półnagich aktorek, owszem chudych i zgrabnych, skorych do przywdziewania coraz to nowych szat czy raczej półszat, koralików i piór to trochę za mało, by stworzyć sensowny spektakl. Akty seksualne, w tym pełne przemocy, okazywanie przez Sophie, żonę Mocka, frustracji płciowej, markowanie bicia, gwałtów i dobrowolnych usług zaspokajających – wszystko to pokazywane było wielokrotnie, długo, nudno i mało smacznie. W sam raz dla kogoś kto – jak usłyszałem na pełnej widowni – ostatni raz był w teatrze „ze szkołą w latach 80-tych”.
Do tego stopnia te perypetie były nieinteresujące, że musiałem, jak nigdy, negocjować z Elą, żebyśmy zostali na drugiej części. Użyłem w końcu argumentu nie do odparcia: że teatr jest świątynią, a my mianowicie jesteśmy w niej, powinniśmy więc wytrwać i spełnić ofiarę. Niezbyt uważnie słuchałem, co odpowiedziała moja teatralna muza. Tym razem wygodniej mi tak było. Najważniejsze, że zostaliśmy.
Druga część była nieco lepsza: mniej tandetna i odrobinę bardziej wartka. Ostania scena: zbiorowa do granic możliwości, rozśpiewana i roztańczona mogłaby się nawet podobać. Wprowadzenie SA-mańskich mundurów, hitlerowskich gestów i płonących ogników zderzyło z atmosferą międzywojennych koszmarów. Jednak 1927 rok, w którym toczyła się akcja był akurat okresem ogromnego spadku popularności NSDAP. Dopiero kryzys ekonomiczny sprawił, że oskarżycielska, dowartościowująca i obiecująca retoryka Wodza zaczęła przynosić skutki. Ale nie czepiajmy się szczegółów. Scena sama w sobie była popisowa, jednak jako ukoronowanie spektaklu, w którym oprócz czczych i bezzasadnych popisów w zasadzie nic nie było, przypominała tylko o poprzednich blichtrach. Przywodziła na myśl ów słynny opłatek miętowy ze skeczu Monty Pythona.
Była w spektaklu scena, który dostarczyła mi wzruszenia. Gdy żona próbowała zastrzelić męża z korkowca i dotarł do mnie zapach prochu, przypomniał mi się korkowiec z odpustu na Matki Boskiej Zielnej, gdy byłem z rodziną u Babci pod wschodnią granicą. To już niemal czterdzieści lat, a ja wciąż pamiętam tamten korkowiec i zapach wystrzałów. Ale w spektaklu nie trwała ta nostalgia długo, bo zaraz niezastrzelony (bo zupełnie chybiony) radca- mizogin zażyczył sobie, żeby żona udawała dziwkę, a on ją będzie rzekomo gwałcił. I jak tu było wytrwać w tym wspomnieniu odpustu?
Wątpliwości budzi nie tylko reżyseria rozbijająca akcję i nie oferująca nic wartościowego w zamian, lecz także obsada. Główna rola zdolnego do zaśpiewu (zrobił to raz) Konrada Imieli z Teatru Capitol ani nie oddawała charakteru postaci stworzonej przez Krajewskiego, ani nie pozostawała w jakimś konsekwentnym kontraście w stosunku do niej (takie pomysły sprawdzają się w teatrze). Była po prostu nijaka. Niby znęcający się nad żoną i podwładnymi, szantażujący przełożonego i wierzyciela, pijący i niezbyt sumienny radca kryminalny Mock mógłby budzić odrazę, niby też mógłby wywoływać współczucie jako biedna ofiara nałogu lub podziw jako bystry detektyw, ale ta postać pozostawiła widza obojętnym. No, dobrze, mnie pozostawiła obojętnym – brawa po spektaklu nie były jakieś dramatycznie krótkie.
Trudno określić, jaki charakter w zamierzeniu miało mieć widowisko. Można podejrzewać, że w dużej mierze komediowy. Jeśli jednak tak, to zaproponowany humor był na tyle ciężki i wysilony, że masowych reakcji na wypełnionej po schody widowni nie było. Ot, zaśmiał się ktoś czasem, po czym zawstydził i umilkł.
Koniec świata w Breslau miał pewne dobre strony: ładną i funkcjonalną scenografię i niektóre kostiumy. Poza tym oprawa muzyczna dobrze pasowała do realizacji reżyserskich pomysłów. Dla miłośniczek i miłośników twórczości Marka Krajewskiego spektakl mógł być atrakcyjny, zwłaszcza dla tych krótkonogich, bo jedynie niezwykle wciągające widowisko pozwala zapomnieć o dyskomforcie wywołanym przez ciasnotę na widowni. A to akurat – dla widzów oczekujących od teatru transgresji i jakiejś artystycznej prawdy – wciągające nie było. Jedno jest pewne: Agnieszce Olsten stosunkowo łatwo będzie zrobić lepsze przedstawienie. Poprzeczkę zawiesiła sobie niewysoko.
Koniec świata w Breslau. Reżyseria: Agnieszka Olsten. Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena.
Na podstawie utworu Marka Krajewskiego.
Prapremiera: 16 maja 2015.
Recenzowane przedstawienie: 17 maja 2015.