
Pisarze przeważnie zmyślają. Taką mają pracę i nie można ich za to winić, wręcz przeciwnie – im bardziej przekonująco piszą, tym większe zbierają pochwały. Niekiedy wiemy, że są to niemożliwe do zaistnienia banialuki, a jednak wsiąkamy w ten świat, jak w przypadku prozy Gabriela Garcii Marqueza, byłego dziennikarza prasowego, wyćwiczonego w reportażu. Kiedy indziej dajemy się uwieść urodzie języka, nie zważając na miałkość opowiadanej historii, jak to jest z książkami Jerzego Pilcha. Rzadko się natomiast zdarza, że nie są to ani magrealne artefakty, ani koloryzowane wspominki, a mimo to czyta się dobrze, bo po prostu wierzymy w autentyczność relacji. Jeszcze rzadziej dostajemy intymną autobiografię, w której kreacja literacka, o czym jesteśmy przekonani, odzwierciedla rzeczywistą życiową metamorfozę. Tak jest właśnie ze „Świadkiem” Roberta Rienta.
Robert Rient: „Świadek”, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2015
