"Obcy z Mons"
"Obcy z Mons" http://www.adspectatores.art.pl/

Wojna zasługuje na obśmianie. Jak każda straszna rzecz racjonalizowana jakimiś patetycznymi dyrdymałami („Bób, Humus, Włoszczyna”) z koturnowych rejestrów powinna być sprowadzona do parteru, ze strzelistych łuków – na ziemię, z don-basów do niemego kina z policencyjnymi szlagierami. Nie odbierze jej to upiorności, lecz obnaży jej bezsens, włoży w pulchne dłonie Szwejka, łagodne i cierpliwe. Nie wiem, czy tego chciał Masztalski, ale tak wyszło. Końcowe napisy były na poważnie. Przypomniały o tym, że to wszystko się wydarzyło. Że choć polewka polewką, krwi przelewka przelewką. A nad tym wszystkim generał Franco, generalissimus Stalin i grypa Hiszpanka.

REKLAMA
Aktorzy i aktorka Ad Spectatores pokładali się już onegdaj na podłodze. Tamten spektakl, pomyślunku Teo Dumskiego, był bardziej formalnym eksperymentem, bez ideowej treści, aniżeli ideowym manifestem. Tym razem forma nie była już tak pusta, ale i pusta być nie mogła. Robienie drugi raz tego samego tylko dla artystycznego efektu przyniosłoby katastrofę. Odebrałoby nowatorstwu nowatorstwo. Rozegranie więc tych podłogowych wijstw, wygibasów i przełamańców w kontekście pierwszej wojny światowej dodało im nowego powabu. Bójka pijanego Rosjanina z Niemcem, Anglik w toalecie, zalotna Francuzka, a wszystko to w Serbii, w Sarajewie, w kawiarni Maurice’a Shillera – któż nie chciałby tego zobaczyć? Tak się właśnie zaczynają wojny. Od pozornie błahych incydentów. Ot, jakiś Ferdynand srodze ukarany za bycie następcą tronu okupanta, ówdzie półwysep odzyskany dla matki Rassiji sto lat później. Czy dużo trzeba, aby w którymś hotelu Ritz udającym Wersal, albo ustronnym kurorcie robiącym za Hotel de Bilderberg, nie podjęto decyzji brzemiennych dla dziesiątków milionów?
Jedną z zabawniejszych scen Obcych w Mons było głosowanie nad tym, czy winny wybuchu wojny jest kraj przegrany. Zapewne bez trudu można by znaleźć przykłady podobnych ustaleń w historii. Metaforyczny wymiar miała także markietanka, która, stąpiwszy z niebios niczym anioł, sprzedawała jedzenie obydwu walczącym stronom i chowała pieniądze w staniku. Przywodziło to na myśl tych, którzy, zupełnie już niemetaforycznie, czerpią korzyści z wojny. Czy to nie USA od dziesięcioleci sprzedają broń obydwu stronom różnych konfliktów na Bliskim Wschodzie?
Czarny humor, tak charakterystyczny dla Ad Spectatores, ujawnił się w scenie wspólnego kolędowania żołnierza angielskiego i niemieckiego. Do spotkania mogło dojść dzięki kluczeniu między członkami martwych towarzyszy walki, wymienianych z imienia i miasta. Rozegranie meczu (Anglia – Niemcy?) na polu walki, a potem pogrzeb Jurgena z Drezna z piosenką No grave can hold my body down Johnny’ego Casha – oto słodko-gorzka, nieodparcie śmieszna kwintesencja „dziwnej wojny”.
Trzeba przyznać, że muzyka do nieco slapstickowej konwencji cielesnych kontaktów widocznych na czarno-białym ekranie pasowała znakomicie. Konferowanie przywódców przy Puttin' On The Ritz czy aluzje do pierwszego poważnego zaangażowania w wojnę przyszłego “globalnego żandarma” przy We no sapek americano oglądało się znakomicie. Wiele pomysłów było nieodparcie zabawnych, choćby ten z wielofunkcyjnym gazem bojowym oraz gaszeniem płonącej Europy. Ela śmiała się jeszcze radośniej niż ja, a o to niełatwo, bo teatrowi stawia, jak wiadomo, większe wymagania.
Pomysł filmowania aktorów, którzy na płaszczyźnie podłogi stwarzają wrażenie, że poruszają się w przestrzeni, zwłaszcza do góry i do dołu, został w najnowszym spektaklu Grupy Artystycznej z Browaru Mieszczańskiego, doskonale wyeksploatowany i zrealizowany. Z dwóch rocznicowych sztuk na temat I Wojny tę można uznać za nawet bardziej udaną. Nie zmuszała do zmagania się z olbrzymią przestrzenią Muzeum. Wszelkie tragedie rozegrały się w niewielkim prostokącie i zostały ukazane na nie większym od niego, hm, telebimie. Jednak warto podkreślić, że pokłady absurdu służyły nie tylko czczej rozrywce. Antywojenne przesłanie przedstawienia, choć lekkie i nienachlane, stanowi wartość dodaną. O wojnie i jej bezsensie, w czasie gdy rząd USA rozpala Syrię, a rząd Rosji – Ukrainę, warto mówić na różne sposoby.
Na zakończenie, skoro to ma być recenzja, a nie okolicznościowa laurka, należy się słowo krytyki. Otóż w tle tego zabawnego spektaklu pojawiały się różne nazwy miejscowości związanych z I Wojną Światową lub losami konkretnych fikcyjnych bohaterów: oprócz tytułowego belgijskiego miasteczka również Ypres, Manchester, Paryż, stolica dzisiejszej Bośni i Hercegowiny, a także, na jednej z tych plansz wyglądających jak z początku kina, „Bordouex”. – Bordouex? – Bordeaux. Bordeaux! Czy (niemy) tekściarz nigdy nie pił takiego wina?

Obcy z Mons, reż. Maciej Masztalski. Grupa Artystyczna Ad Spectatores, Scena w Browarze Mieszczańskim we Wrocławiu.
Premiera: 28 sierpnia 2015