"Szepty i krzyki"
"Szepty i krzyki" www.dialogfestival.pl

Pokazywanie umierania z całą jego ohydną fizjologią wyzwala u widzów rozmaite emocje: wstręt, gniew, lęk, współczucie, smutek. Eksponowanie cieczy i mazi, które w niekontrolowany sposób wydziela z siebie źle funkcjonujący organizm daje przewagę pierwszej z wymienionych reakcji. Epatowanie okropnością nieuleczalnej choroby może służyć jej oswajaniu, może też tworzyć kontekst dla innych opowieści. Ivo van Hove, jak sądzę, miał ten drugi zamysł. Zajmująca połowę spektaklu sekwencja scen zakończonych spektakularnym zgonem stanowiła niejako tło dla kilku scen obyczajowych. Interakcje kobiet z mężami i kochankiem, sióstr, a nawet zmarłej z przyjaciółką przepełnione były konfliktem, szukaniem zrozumienia, lecz także agresją. Pytanie, po co to wszystko nie znalazło jednak oczywistej odpowiedzi.

REKLAMA
Jeden z tropów mógłby wyglądać tak: w obliczu niewyobrażalnej tragedii, długotrwałego cierpienia którejś z najbliższych osób, wzajemne relacje tych, które żyją dalej, powinna cechować uważność, delikatność, może nawet miłość. Czymże bowiem są drobne nasze ambicje, słabości, krytyczne osądy bliźnich, w majestacie śmierci? Po cóż mielibyśmy się kłócić, zdradzać, wypominać wady, skoro ukazała nam swoje oblicze? Jednak – jak przytomnie zauważyła Ela – dlaczego czyjeś cierpienie czy śmierć miałoby wpłynąć na sposób postępowania osób z otoczenia? Jaki miałby być związek między chorobą krewnej a intymnym życiem jej sióstr? Nie ma takiego przełożenia, podobnie jak trudno znaleźć sensowne powiązanie pomiędzy emocjonalnie ukazaną historią umierania a stanowiącymi treść paru innych, pomniejszych historyjek zdradami, ranieniem się, okazywaną sobie nienawiścią. Pokazana została rodzina, która żyje własnym, pełnym obłudy i egoizmu życiem. Bardziej przejmuje się łatwym (katar skrócił przemowę celebranta) przebiegiem pogrzebu i podziałem masy spadkowej, niż bólem osoby najbliższej dla zmarłej.
Jest w całej tej opowieści kilka nieścisłości. O ile wymogami scenicznego zagęszczania można jeszcze wyjaśnić, że trzy osoby zajmują się chorą jednocześnie, choć – zgodnie z jej relacją – robiły to na zmianę, o tyle znalezienie śmiertelnej choroby, która miałaby trwać dwanaście lat, jest trudniejsze. A skoro aż przez tak długi okres czasu Anna opiekowała się Agnes i skoro, w kraju, w którym związki jednopłciowe są możliwe do zawarcia, tak blisko ze sobą były, dlaczego miałaby po śmierci kochanki zostać wyrzucona z domu, niczym służąca?
Historia mogłaby mieć jakieś klarowne przesłanie. Początkowo sądziłem, że księże wywody nad zwłokami są dwuznaczne, ironiczne może. Słowa: „Bóg uznał cię za godną długiego i wielkiego cierpienia” trudno uznać za racjonalne. Cóż to bowiem za „łaska” – zostać dotkniętą nieuleczalną, niosącą ból chorobą? Zwłaszcza, że cierpienie pokazane w spektaklu degradowało, odbierało godność, nie pozwalało nawet myśleć i wspominać (trudnych relacji z matką). Cierpliwość opiekunek czyniła je wprawdzie znośnym, chwilami osłodzonym bliskością czy lekturą Dickensa, jednak wracało ze zwiększoną siłą, poniewierało, brukało, zohydzało.
W tym kontekście prośba duchownego – wujka Izaaka, by zmarła, jako ta, która cierpliwie znosiła ból choroby, zaniosła przed oblicze boga modły o to, by jej znajomych „uwolnił od znużenia i lęku” wydała się jakąś niezdarną próbą przywrócenia sprawiedliwości w świecie pełnym przypadku i absurdu.
Równie absurdalne wydawało się zarzucanie przez lekarza starzejącej się kochance, że zmarszczki na jej twarzy świadczą o lenistwie, opieszałości, zniecierpliwieniu i innych ułomnościach. To tylko jeden z wielu przykładów ranienia bliskich osób, tych ciosów zadawanych bez umiaru i bez zważania na konsekwencje. Zresztą także dla siebie samych bohaterowie nie byli wyrozumiali. „Odsuwanie rozpaczy sprawia, że wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Lepiej otworzyć się na cierpienie i ból” – twierdziła na nagraniu wideo zmarła kobieta. Naprawdę?
Brak konsekwencji w fabule i trudne do przyjęcia, przynajmniej przez prostych psychologów, moralizatorskie przesłanie tekstu to nie jedyne pęknięcia inauguracyjnego pokazu Dialogu. Innym było niepotrzebne epatowanie nagością. Aktorki, owszem, zgrabne, rozbierały się same lub nawzajem, na ogół bez żadnego fabularnego uzasadnienia, a już zupełnie niezrozumiałe było pojawienie się nago męża Karin z genitaliami wyglądającymi na opuchnięte. Jeżeli ten widok miał coś znaczyć, to chyba istniał prostszy sposób przekazania tej samej treści.
Mocną stroną przedstawienia była scenografia. Potężna, wieloplanowa, przytłaczająca chwilami, przestrzeń pozwalała pokazywać postaci z różnych perspektyw, a równolegle funkcjonujące dwa, a z ekranami i projekcjami – nawet cztery plany, czyniło widowisko bogatym wizualnie. Zbliżenia twarzy i przedmiotów, na przykład zabrudzonej pościeli, pokazywane na dużych ekranach dzięki kamerom stawianym lub noszonym przez aktorów, potęgowały efekt epatowania brzydotą. Niezdarne malunki terminalnie chorej, pod koniec dopiero objaśnione przez nią samą jako sztuka, za pomocą której uciekała od choroby, pełniły ważne funkcje scenograficzne.
Jedną z centralnych scen Szeptów i krzyków było umieranie na gigantycznym białym arkuszu. Morze niebieskiej farby i zawartość wiadra z odchodami w połączeniu z gwałtownym hałasem pomogły dobrze grającej aktorce stworzyć dramatyczne widowisko. Sprzątanie po nim, wynoszenie przedmiotów związanych ze zmarłą, zwijanie w żółtych rękawicach do sprzątania, zginanie, wkładanie do worka tej poplamionej planszy śmierci – wszystko to wywoływało nieodparty smutek. Zmiana scenografii w ten sposób, a także rozebranie przez jedną z sióstr kochanka i ubranie go w szary strój męża, aby ten sam aktor mógł kontynuować scenę już w nowej roli - to przejawy artystycznego geniuszu.
Również w warstwie dźwiękowej spektakl zasłużył na uznanie. Kontrastowanie dramatycznych scen z lekką muzyką country (choć i bardziej spójna z klimatem Janis Joplin się pojawiła) dawało niepokojący efekt. Zamykająca spektakl scena nieco przypominała kiczowate hollywoodzkie zakończenia, swego rodzaju ukoronowanie tego „życia po śmierci”, które pokazywano wcześniej. Pozostaje nam ufać, że to świadoma gra konwencją. Doświadczony reżyser puścił do nas oko. A my to, jako doświadczeni widzowie, wychwyciliśmy.

Szepty i krzyki, reż. Ivo van Hove. Toneelgoep Amsterdam, Holandia. VIII Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, Wrocław.
Przedstawienie: 17 października 2015, Teatr Polski, Duża Scena.