Tomasz Cymerman (reżyser przedsięwzięcia), statyści akcji performatywnej i Katarzyna Krajewit (po lewej) - inspicjentka WTW.
Fot. Agnieszka Majcher.
Tomasz Cymerman (reżyser przedsięwzięcia), statyści akcji performatywnej i Katarzyna Krajewit (po lewej) - inspicjentka WTW. Fot. Agnieszka Majcher. Profil WTW na Facebooku

Performance kojarzy się z dynamicznym pokazem, w którym ktoś szafuje bezwstydnie umiejętnościami aktorskimi, kłuje w oczy zespołowym zgraniem, wydatkuje energię, jakby ta była niespożyta, magnetycznie utrzymuje uwagę na scenicznym dzianiu się. W epoce elektronicznego montażu, mediów żądających krwi w konkursach na sławę i teatru korzystającego z kamer na żywo i wielkich ekranów w trakcie spektakli, zrobić coś bez nowomodnych gadżetów, niejako „gołymi ręcami” nie jest łatwo. To znaczy zrobić coś, co wzbudzi poklask, podziw może. Tym bardziej odważne wydaje się zrezygnowanie z tempa i fajerwerków na rzecz niespieszności i szczegółu. Tak to właśnie wymyślił Tomasz Cymerman. I nie można powiedzieć, że bez polotu.

REKLAMA
Inspiracją dla performance’u był manifest Helmuta Kajzara oraza akcje, które wspólnie z Krzysztofem Zarębskim zrealizował w Galerii „Awangarda” BWA i we Wrocławskim Teatrze Współczesnym w pierwszej dekadzie maja pamiętnego 1981 roku: „Teatr meta-codzienny. Samoobrona. Manifest Magiczny”. Pomysł akcji miejskiej został we WTW odkurzony już w czerwcu 2014 roku, kiedy to Cymerman sięgnął po przestrzeń publiczną i naturszczyków-ochotników. Tym razem mieliśmy okazję zobaczyć kilkoro znanych i lubianych aktorów, wśród nich między innymi Jerzego Senatora, Irenę Rybicką i Krzysztofa Kulińskiego, a także wielu nieznajomych nie-aktorów realizujących niewielkie zadania rozrzucone po przestrzeni semantycznej wyznaczonej wyobraźnią reżysera. Mieliśmy więc kobietę w zaawansowanej ciąży już to słabnącą, już to oddającą się rozpaczy. Mieliśmy nieruchomego stacza, a także długo i namiętnie całującą się w pozycji leżącej parę mieszaną. Mieliśmy drużynę wojska ubraną i uzbrojoną niczym w początkach ubiegłego wieku, a także funkcjonariuszkę publiczną w cywilu zamykającą ulicę taśmą. Nade wszystko mieliśmy jednak przechodniów. Przechodnie to wszak tymczasowi mieszkańcy ulicy. To ich Wit Stwosz zapewne dzisiaj by uwiecznił ku swojej czci.
Przechodnie nieśli transparenty nieprzypadkowo skierowane w stronę widzów siedzących za szybą, kilka, kilkanaście metrów od nich, w dwóch rzędach, w dwóch skrzydłach Galerii BWA, z dwoma oczami skierowanymi na ulicę, z dwoma kolanami skierowanymi ku, z dwiema dłońmi i tak dalej. Ta podwójność zaistniała w szczególnym kontekście: performance też musiał być nieco podwójny, skoro widzowie w poszczególnych skrzydłach obserwowali coś innego. Ponadto sami staliśmy się, chcąc nie chcąc, obiektem obserwacji, niczym rybki utknięte w mule za szybą akwarium. Przechodnie, nie wszyscy, bo większość, pogrążona w sobie, przechodziła obojętnie, interesowali się nie tylko ciężarną czy podnieconą na zimnych chodnikowych płytach parą. Zerkali także i do przeszklonego wnętrza, którego zawartość zapewne pozwalała im zdefiniować sytuację.
Transparenty na kijkach mogły dawać do myślenia. „I gdzie ten teatr?”, „Nie wciągaj mnie w siebie”, „Mam prawo do interpretacji”, „Może to ja zawiniłem?”, ‘Przecież tak jak my żyjemy już dłużej nie można”, „Wszyscy jesteśmy obserwowani” – głosiły te ambitniejsze. Inne mogły bawić, gdyż nawiązywały do siebie nawzajem (cykl o oczach czy mini cykl o „żyćku”) lub trąciły oksymoronem („W sumie cię kocham”). Nieodparcie zabawna wydała się dostojnie krocząca, elegancka, nobliwie wyglądająca kobieta, która niosła wysoko napis „Włóż se w dupę marchew”. Mieliśmy z Elą tę wątpliwą przyjemność, że siedziały za nami dwie starsze kobiety, które czytały wszystko na głos, komentowały, wyrażały obawy i oceniały. Na przykład uznały, że nie tylko szkoda było palić dziecięcy wózek, lecz że wydarzenie to powinno zakończyć się nawiedzeniem performance’u przez Straż Miejską i zapłaceniem przez organizatorów mandatu. Panie te, kojarzące się z maglem, z pralnią, z dusznymi oparami krochmalu, podzieliły nas. Ela uznała, że są podstawione, że stanowią część performance’u, bo niemożliwe jest, aby tak same z siebie na głos mówiły w bądź co bądź teatrze. Ja jednak, może pod wpływem irytacji polemizowałem z moją muzą. Upierałem się, że mieliśmy do czynienia ze zwykłym, zupełnie nie meta-teatralnym chamstwem.
Oprócz wizualnych rarytasów, wśród których statyści z nosami clownów stanowili mniej wyróżniającą się część, a twarz włożona pieczołowicie w tort czy przyglądający się przez szybę Senator – nieco tylko bardziej, słuchaliśmy nagrania pary rozmawiającej o miłości, („przereklamowanym”) seksie, pracy i różnych życiowych drobiazgach. Marta Malikowska i Piotr Łukaszczyk dobrze wcielili się w role (może też trochę podgrywali siebie, ze swoich prawdziwych związków, kto ich tam wie) artystów zmuszonych do sięgania po chałtury, niestroniących od alkoholu, zazdrosnych („Masz kolegę geja i ukrywałeś to przede mną?”), niepewnych (za długie zastanowienie po pytaniu, „czy mnie kochasz”), obgadujących bliźnich (przerywanie po trzech zdaniach świadczy jednak o cierpliwości, stanowi przejaw kulturalnego słuchania; są tacy, którzy nie pozwalają dokończyć pierwszego). Przyjemnie się tego słuchało. Ta pozorna gadka szmatka zahaczała o ważne tematy: przemijania, starzenia się, osobistych przemian, doświadczeń, które się miało lub chciałoby się mieć.
Mogłoby to wszystko tak trwać i trwać. Ale pralka – wstawiona w czasie „Przerwy technicznej” – skończyła pranie, co było delikatnym sygnałem, że ktoś powinien wyjść i je wywiesić. Nie uznaliśmy z Elą tego czasu za stracony. Działo się dużo takich rzeczy, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi. Na co dzień wydają się po prostu za mało teatralne.

Performance „Teatr meta-codzienny. Kajzar. Inspiracje”. Scenariusz, aranżacja przestrzeni, reżyseria: Tomasz Cymerman.
Wrocławski Teatr Współczesny, Galeria „Awangarda” BWA, ul. Wita Stwosza 32, Wrocław.
17 października 2015, godz. 16.00 (drugi pokaz)