"Po próbie"
fot.  Marcin Oliva Soto
"Po próbie" fot. Marcin Oliva Soto www. dropbox.com

Obydwa spektakle zostały starannie wyreżyserowane i znakomicie zagrane. Z pasją wcielił się w rolę reżysera (a w „Personie” – w męża, tego samego Henryka Voglera) Gijs Scholten van Aschat. Świetnie odegrała nieco manipulującą i kurczowo trzymającą się życia aktorkę, a także milczącą matkę, subtelnie, samą mimiką okazującą uczucia – Marieke Heebink. Zachwyciła też atrakcyjna Gaite Jansen w roli aktorki i pielęgniarki, za każdym razem zmysłowej, spragnionej fizycznej miłości (lub ją wspominającej) i emocjonalnej bliskości. Także Narratorka miała na zakończenie coś zabawnego do powiedzenia. Naiwność artystów? No, kto by pomyślał?

REKLAMA
Zastanawialiśmy się w trakcie pierwszego spektaklu, po co było umieszczać tak małą, pudełkową scenę poza miastem, w potężnej hali wytwórni filmowej. Początek drugiego nie dał odpowiedzi na to pytanie, bo nie dość, że scena się nie powiększyła, to jeszcze zubożono scenografię. Do takich ascetycznych, sterylnych, kameralnych przedstawień przestrzeń Dużego Studia ATM nie była potrzebna. Może chodziło o to, aby dać możliwość kontaktu z wielką sztuką kilkuset widzom? – kombinowaliśmy. Wyjaśniło się dopiero wtedy, gdy ściany rozsunęły się i ujawnił się gigantyczny zbiornik wodny, owszem, ze sporą „wyspą” na pierwszym planie. Gigantyczne wiatraki, które sprawiały wrażenie raczej syren, takich wyjących na alarm (może zresztą były wielofunkcyjne), zapewniły wichurę, a – we współpracy z odpowiedniej wielkości natryskami – zacinającą ulewę. Dramatyzm ludzkich zmagań z aurą nie był oczywiście jedynym możliwy przy takiej scenografii. Wchodzenie do jeziora, pościgi i ucieczki w nim, dobitnie oddawały potęgę zmagań z samym sobą i z bliźnim. Jednak ta efektowna scenografia nie ratowała przedstawienia i nie stanowiła nawet jego największego atutu. Obie, łączące się ze sobą tematyką i osobami bohaterów, spektakle Ivo van Hove były po prostu niezwykle udane. Jeśli porównać te kończące Dialog z otwierającymi go Szeptami i krzykami, to można uznać, że poszło ku dobremu. Niespójność i artystowska hermetyczność tamtej narracji, z jej, jak się okazało, aluzjami do konkretnego malarstwa i próbą powiedzenia na raty tego, co Ingmar Bergman pokazał w filmie w 1972 roku, negatywnie kontrastowała ze spójną narracją Po próbie i subtelnościami międzyludzkich relacji ukazanymi w Personie, również stanowiącej zresztą teatralny remake filmu szwedzkiego mistrza.
W pierwszym prezentowanym w ostatnim dniu festiwalu przedstawieniu mieliśmy robocze, podszyte jednak flirtem i uwodzeniem, spotkanie reżysera Henryka Voglera i aktorki Anny Egerman, która mogłaby być jego córką. Despotyczny mistrz znajduje godną partnerkę w aktorce, która zdaje się być świadoma swojego „pragnienia, aby zadowalać innych, wyuczonego w dzieciństwie”. On, choć deklaruje, że „uwielbia, gdy aktorzy nim manipulują”, kiedy są „sprytni i naiwni”, stara się kontrolować sytuację. Niby potrafi i lubi słuchać, ale na zarzut: „ty do mnie tylko mówisz, nie słuchasz”, odpowiada: „Muszę twój ogródek odchwaścić”. Motyw niczym z Pigmaliona już już ma się przerodzić w namiętny akt, gdy pojawia się dawna kochanka Henryka – zniszczona, psychicznie schorowana, podpita, seksualnie nachalna. Czy uda się ją zbyć? – zastanawia się widz, gdy mężczyzna, niemal gwałcony, próbuje dokonać niemożliwego. A ta, 46-letania podobno (na wygląd widać trzeba zapracować) aktorka, kilkukrotnie ubiera płaszcz i już, już zbiera się do wyjścia, by ponownie się rozebrać i rozsiąść. W końcu uzyskuje psychologiczną przewagę nad kochankiem. Działa to, co zwykle działa w takich sytuacjach: płacz i następujące po nim przytulenie. Umawiają się za godzinę.
W trakcie sceny młodziutka Anna cały czas pozostaje na planie, wyłączona, zajęta komputerem i notatkami, jednak w którymś momencie niespodziewanie zostaje użyta jako rekwizyt. Kochanka demonstruje reżyserowi, jak puściły jej nerwy i pobiła córkę. To genialne, z punktu widzenia spektaklu, rozwiązanie, bowiem nieświadomie kieruje agresję na dwukrotnie od siebie młodszą rywalkę. Gdy wychodzi, usatysfakcjonowana z umówionej randki, nareszcie może dojść do zbliżenia między mistrzem i uczennicą.
Ale nie dochodzi. Jest już bardzo blisko i właściwie nic nie powinno stanąć na przeszkodzie romansowi, jednak oboje są aż nadto świadomi, jak się kończy takie skrzyżowanie ról zawodowych i życiowych. Nieoczekiwaną komplikacją jest też rzekoma ciąża aktorki z asystentem reżysera. Jej ujawnienie wywołuje scenę zazdrości ukrywanej pod pozorami złości z powodu niemożności kontynuowania pracy i wystawiania Gry snów Strindberga przez wiele miesięcy („zamiast sztuki będzie dziecko”) lecz parę minut później okazało się, że dla roli dokonała aborcji. Kwestia rodzenia lub nierodzenia dzieci powróci zresztą po przerwie. A romans pozostaje w sferze fantazji i niespełnienia. Opowiadają sobie, co mogłoby mieć miejsce, częściowo odgrywają ten alternatywny scenariusz. „I tak to by się skończyło”, kończy jedno z nich. „I co by w tym miało być złego?”, odpowiada pytaniem drugie.
Swego rodzaju odległą odpowiedź na to pytanie dostajemy w drugiej części dyptyku. To tam pojawia się Pani Vogler, owa żona Henryka, z którą – jak napomyka w pierwszej części – widuje się bardzo rzadko. Dowiadujemy się dlaczego. Otóż aktorka milczy, zamyka się w sobie, jest leczona w ośrodku. Pudełkowa scena przybiera szpitalną surowość, zaś aktorka, pół godziny wcześniej – Anna uwodząca Henryka, teraz gra pielęgniarkę Almę, zaledwie dwa lata starszą od tej sprzed pół godziny. Kobieta po sześćdziesiątce, ubrana sztywno, niczym w mundur, wprowadza w akcję, trochę ją też komentuje, ta jednak wydaje się na początku mało wartka. Naga, odwrócona od świata aktorka, która „zamknęła się, żeby nie musieć, kłamać, grać, udawać”. Zapewne doświadcza niezwykłego cierpienia (w tym momencie jeszcze nie wiemy z jakiego powodu), bo na ekranie widzimy samospalającego się w akcie protestu mnicha buddyjskiego. „Życie cię dogoni. Twój kryjówka nie jest szczelna”, przepowiada Narratorka. Jej zdaniem teraz też gra rolę. Cóż, nasuwa się klasyczne refleksje nad „ja” Williama Jamesa: mamy tyle ja społecznych, ile osób, które nas jakoś postrzegają. Narratorka, może też i lekarka, wiedziała więcej niż widz o rzeczywistej sytuacji psychologicznej Pani Vogler.
Pielęgniarka i podopieczna przenoszą się, zapewne dzięki nadzwyczajnej szczodrości państwa opiekuńczego (raczej Szwecji lat 1960. niż dzisiejszej Holandii), na „opuszczoną wyspę” (to tam ujawniają się sceniczne możliwości miejsca, w którym ulokowano spektakl, „możliwości wyspy”, chciałoby się rzec). Kobiety zbliżają się do siebie, palą, piją, a młodsza zwierza się wciąż milczącej starszej. Opowiada między innymi o przypadkowym seksie z nastolatkami na plaży, jednocześnie zaś zdradzeniu partnera. Opowiada też o aborcji i o poczuciu winy z powodu zdrady (nie – aborcji). Gdy znajduje list aktorki do męża, a wiec odkrywa jej nielojalność, wpada w szał i próbuje ją zabić (by się jednak zreflektować i opanować), a może tylko ją straszy. Wtedy dzieje się coś niezwykłego. Podobnie jak w oryginalnym filmie Bergmana, zamieniają się na chwilę osobami (maskami czyli „personami”?). Taka możliwość już wcześniej pojawia się w konwersacji, ale teraz rzeczywiście Alma mówi Elizabeth Vogler, a może Elizabeth – Anną.
Dowiadujemy się, że aktorka urodziła dziecko, którego nie chciała i jak bardzo nienawidzi swojego chorowitego dziecka. Nie znosi jego przywiązania i miłości, czuje wstręt do niego i chciałaby je zabić. Znajdujemy więc stan, nieobcy przecież psychiatrii i etykietowany jako depresja poporodowa. Jednak jego szczegóły stanowią tabu, bo rolą matki jest kochać i opiekować się, a nie nienawidzić dziecka i pragnąć dla niego śmierci. Jak przytomnie zauważyła Ela parę dni później (bo to były spektakle, które zapadają w pamięć i jeszcze długo będą wspominane), w Polsce bardzo by się przydała taka sztuka. Teatr mógłby przełamać konserwatywny dyskurs, tak chwilami pełen hipokryzji. Ile kobiet żałuje, że urodziło? Ile potrafi się do tego przyznać? Ile potrafi stawić temu czoła? A w kraju, w którym aborcja jest zakazana, skala zjawiska może być większa, niż w tych, w których decyzję można podjąć zawczasu, można coś zmienić, czemuś zapobiec.
Obydwa spektakle zostały starannie wyreżyserowane i znakomicie zagrane. Z pasją wcielił się w rolę reżysera (a w Personie – w męża, tego samego Henryka Voglera) Gijs Scholten van Aschat. Świetnie odegrała nieco manipulującą i kurczowo trzymającą się życia aktorkę, a także milczącą matkę, subtelnie, samą mimiką okazującą uczucia – Marieke Heebink. Zachwyciła też atrakcyjna Gaite Jansen w roli aktorki i pielęgniarki, za każdym razem zmysłowej, spragnionej fizycznej miłości (lub ją wspominającej) i emocjonalnej bliskości. Także Narratorka miała na zakończenie coś zabawnego do powiedzenia. Naiwność artystów? No, kto by pomyślał?
Po próbie / Persona. Reż. Ivo van Hove. Toneelgroep Amstredam, Holandia. ATM Duże Studio, Bielany Wrocławskie. VIII Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, Wrocław.
Przestawienie: 24 października 2015