"Hopla, żyjemy!"
"Hopla, żyjemy!" www.wteatrw.pl

Starość czeka na nas cierpliwie i doczeka się – to tylko kwestia czasu, o ile będziemy mieli na tyle dużo szczęścia, by jej dożyć. Niedołężność, bolesne choroby, uciążliwa niepełnosprawność, otępienie, demencja – oto możliwe jej towarzyszki. Nie wygląda to dobrze, jednak bardziej odpowiada prawdzie stereotypowej, uproszczonej i domyślnej, niż oddaje różnorodność jednostkowych losów. A właśnie do tych, owszem, fikcyjnych, sięgnęła Krystyna Messner, ożywiając bohaterów „Miłości w czasach zarazy”. Romantyczna historia z happy endem w późnej starości to coś na tyle nietypowego, że wymyka się schematom natychmiastowych spełnień i towarzyszących im dramatów. Cierpliwe kochanie bez jakiejś szczególnej nadziei na spełnienie na tyle jest odległe od naszej współczesnej kultury instant, że młodym zapewne wydaje się bajką. Ale Fermina Daza i Florentino Ariza urodzili się w innych czasach. Niewykluczone też, że zmarli, nakrążywszy się do woli wycieczkowcem, wraz z ich ojcem – Gabrielem Garcią Márquezem.

REKLAMA
Umieszczenie akcji w domu starców stworzyło niemal nieograniczone możliwości scenicznych interakcji. Dostaliśmy więc seniorów tańczących i pałaszujących łakocie szorstko rozdane przez zakonnice. Zobaczyliśmy starszą kobietę konfabulującą wizyty kochanka (a może doświadczającą halucynacji?), w urojonej ciąży, patroszoną demaskatorsko przez współlokatorki. Gdy koleżanki ją wyzywały broniła prawa do swojej irracjonalności: „Wiem, że jestem stara, ale chcę mieć prawo mówić rzeczy, które nie mają sensu”.
Zobaczyliśmy mężczyzn w zaawansowanym wieku, którzy wciąż chcieliby sobie nie tylko „poświńtuszyć”, ale i „pomiętosić”, a i kobiety spragnione fizycznej miłości. „Skończy się. Nie jesteśmy wieczni”, powiedział ktoś. „To chyba ty”, odparł ktoś mniej skory do umierania.
Usłyszeliśmy zgorzkniałe podsumowania, ocierające się o groteskę („Wszyscy mężczyźni to świnie” kojarzące się z utworem „Facet to świnia”) lub budzące empatyczne zrozumienie i oburzenie kobiety wspominającej swoje pożycie małżeńskie („Gwałcono minie przez całe moje życie, bo przecież nie było w tym ani miłości, ani czułości”).
Byliśmy świadkami wizyty dorosłych dzieci, nietaktownych i grubiańskich (niezastąpiony w takich rolach Maciej Tomaszewski wyróżnił się jako postać drugoplanowa), odmawiających swojej matce i jej dawnej miłości prawa do intymności.
Obserwowaliśmy monolog zgorzkniałej zakonnicy, nie tylko pozbawionej współczucia, lecz wręcz pełnej wrogości wobec swoich podopiecznych. Jej znamienne odliczanie rozpoczęte w wieku 48 lat (może sama tyle miała?) wskazywało, że miała problem nie tylko z akceptacją ludzi starych z ich potrzebami i dziwactwami, lecz także nieuchronnie zbliżającej się własnej starości.
Ale dostaliśmy też, my, widzowie na Rzeźniczej, coś bardzo optymistycznego. Oto Ona (Ewa Dałkowska) i On (Jacek Piątkowski) po 51 latach 9 miesiącach i 4 dniach wracają, początkowo asymetrycznie i opornie, do tego, co łączyło ich niegdyś. List kondolencyjny po śmierci Jej męża, doktora Juvenala Urbino, był na tyle frapujący, że zasiał trwały niepokój („Im więcej myślałam, tym większą złość czułam, a im większą złość czułam, tym więcej myślałam”). Wprawdzie w literackim pierwowzorze Florentino jest wtedy bardzo bogaty, a w scenicznej adaptacji – biedny, jednak być może zasługuje na większy szacunek niż Juvenal – „nędzny poczciwina, którą całą swoją siłę czerpał z nagród, wyróżnień i tym podobnych duperali”, a przy tym – i tu Meissner sięgnęła po niedościgły humor Márqueza – „był mężem doskonałym: nigdy nie podniósł papierka ani nie zgasił światła”. Nic więc dziwnego, że dawni kochankowie lekceważą zakonny regulamin, zgodnie z którym „osoby odmiennej płci nie mogą dłużej przebywać ze sobą sam na sam”.
Reżyserka nie tylko pozwala im uciec, co stało się przedmiotem – na ogół życzliwych – komentarzy współpensjonariuszy, lecz sięga po odważne środki wyrazu. Niby całkowita nagość zagościła w teatrze na dobre, jednak częściej i z lubością bywają eksponowane ciała młode, jędrne, podnoszące parateatralną frekwencję samym swoim powabem. Tutaj nagość była bardziej zasadna. Pamiętamy długą i nietypową scenę fizycznego zbliżenia z „Miłości w czasach zarazy”. Dużo było tam słów, mniej zwierzęcej gwałtowności. A w teatrze przecież słowa i człowieczeństwo ważniejsze są od pantomimicznego bestiarium.
Całość rozgrywa się w wysokiej scenografii, która budzi skojarzenia między innymi z papugą, która stała się przyczyną śmierci męża Ferminy (jeden z rysunków na płótnie przedstawiał jednak inne pierzaste stworzenie – pawia). Muzyczna oprawa przedstawienia cofa nas w nieodległą przeszłość, bo przecież „Hotel California” nie jest antycznym przebojem. Pierwsza scena, ta, której ta piosenka towarzyszyła, rozgrywała się zresztą bardzo nietypowo, przy oświetlonej widowni, tak jakby widzowie stanowili część przedstawienia. Przyznam, że poczułem się trochę zaniepokojony (czyżby oświetleniowiec o czymś zapomniał?), lecz potem wszystko wróciło do normy.
W pewnym momencie dosyć nieoczekiwanie na scenie pojawiły się cztery „ptaszyny nocne o zielonych tyłkach” (dwie z nich grane są przez te same aktorki, co szarytki – Aleksandrę Dytko i Jolantę Solarz), wypominające bohaterowi uwiąd, lecz i dziękujące za wprowadzenie w świat seksu. Prostytutki afirmujące swój zawód stanowią rzadkość w świecie politycznej poprawności. Jednak maczystowski klimat realizmu magicznego implikuje pewną dwuznaczność. Dominujący mężczyźni stają się też przedmiotem drwin i docinków. Miłość przybiera nieoczekiwane formy, zaś metafora przywołana za Márquezem w tytule oddaje jego intencje. Można kochać przez całe życie jedną osobę, jednocześnie będąc z wieloma innymi. Nie wydaje się to oczywiste w naszej kulturze uformowanej na romantycznych mitach. Z drugiej strony jedno z kochanków deklaruje, że „dotkliwy brak kogoś można nazwać miłością”. Czyż nie jest to bliskie tych polskich wieszczych niespełnień, których uczeni są licealiści?
W Hopla, żyjemy! znajdujemy nawiązania także do innych dzieł Márqueza. W scenie przywołującej pedofilne uczucie starca do dziewczynki odnaleźć można jedno z wydarzeń opisanych w „Rzeczy o moich smutnych dziwkach”. Rezygnacja z fizycznego zbliżenia następuje właśnie w imię miłości.
Nastolatki, które siedziały w rzędzie przed nami raz po raz komentowały głośno to, co działo się na scenie. Na tyle to było uciążliwe, że parę razy już, już chciałem im zwrócić uwagę, ale powstrzymałem się, dzięki myśli, że zakłócenie spotęgowałbym, zamiast wyciszyć. Ela skomentowała później głośne te nielatów rozmowy jako reakcję na coś, z czym sobie nie potrafili poradzić, formę rozładowania napięcia spowodowanego trudnymi do zrozumienia treściami. No, tak, staruchy chcące seksu, starcy zmysłowi i pożądliwi, uwolniona przed dziesiątkami lat seksualność wciąż żywa, zachłanność na życie u tych, którzy według standardów piętnastolatków od dawna nie powinni już żyć?
W samym przedstawieniu wiele zostało zadanych pytań i wiele głosów przedstawiło swoje wersje. Tuzin postaci z Domu Spokojnej Starości, w tym trzy zakonnice (dwie milczące szarytki, jedna zaś jędzowata, w habicie czarnym niczym charakter, który ukazała), przemówiło wystarczająco różnorodnie, aby dać do wyboru możliwe odpowiedzi. Oprócz ucieczki w dewocję, przypisywanej niesłusznie szczodrze ludziom w podeszłym wieku, wybrzmiała tam frustracja, że ciało już odmawia posłuszeństwa, pogodzenie się z nieuchronnym odchodzeniem („Wchodziliśmy w życie, a dzisiaj, nie da się ukryć z niego odchodzimy”), zamiłowanie do romantycznych opowieści (stadne i zdyscyplinowane wyjście na serial o miłości) i atrakcyjnych osób płci przeciwnej („Telewizja religijna podnosi na duchu. A jacy przystojni są ci kapłani!”), rezygnacja z zewnętrznego blichtru („Nawet w kapciach i szlafroku można kochać”), wreszcie bunt przeciwko ograniczeniom (ucieczka głównych bohaterów).
Jeśli młodzi niekulturalni (a może tylko niedysponujący potrzebną w teatrze samokontrolą emocjonalną) uczniowie wsłuchali się w te głosy, to może przestanie ich uwierać ta starcza wytrwałość w witalności i miłości. Bardziej prawdopodobnej jest jednak, że potrzebują jeszcze trochę czasu, może kolejne piętnaście lat, albo nawet trzydzieści.
Spektakl poruszał nie tylko ważne i często pomijane problemy starości i sensu życia u jego kresu, lecz także został zagrany i wystawiony z rozmachem i – pomimo licznych dosadności – dobrym smakiem. Gdy wracaliśmy do domu, Ela powiedziała coś, czego nie tylko w autobusie, ale także poza nim, nie mówi właściwie nigdy: „Sztuka – wybitna”. A ja nie widziałem powodu, aby polemizować, choć zazwyczaj robię to chętnie.

Hopla, żyjemy! Scenariusz i reżyseria: Krystyna Meissner. Wrocławski Teatr Współczesny we Wrocławiu, Duża Scena.
Spektal inspirowany twórczością Gabriela Garcii Márqueza
Praremiera: 29 czerwca 2012
Spektakl: 3 grudnia 2015