Odradzanie się piw regionalnych to moim zdaniem najlepsza rzecz jaka stała się na polskim rynku alkoholi od wielu dekad. Takie nazwy jak Lwówek, Leżajsk, Ciechan, Łomża, Krajan, Kasztelan czy Perła są bliskie sercom piwoszy daleko poza regionami produkcji. Chcemy pić piwo od małego i najlepiej niezależnego producenta a wielkim markom ufamy coraz mniej. Ale ten swoisty renesans dobrego lokalnego piwa to tylko preludium do głębszych zmian i to od nas zależy w którą stronę podąży polskie piwo.

REKLAMA
Pozytywne wprowadzenie, prawda? Bo i nie ma na co narzekać. Małe browary wychodzą na prostą, model Ciechana (różnorodność) jest powielany przez wiele warzelni, które jakoś dotąd nie miały pomysłu. Inne browary odnoszą sukcesy idąc własną drogą, grając bardziej swoją małą skalą produkcji. Każdy browar regionalny stawia sobie za punkt honoru promowanie niepasteryzowanego produktu. Wiele małych browarów oferuje piwa pszeniczne, ciemne lagery czy portery. Nie brakuje piw doprawianych miodem. Ale czy to oznacza, że polski rynek piwa, do niedawna będący niemal absolutną hegemonią trzech-czterech marek, jest uzdrowiony? Ile czasu zajmie nam powrót do prawdziwych polskich tradycji warzelnictwa i polskiej kultury piwa? Kiedy będziemy mogli powiedzieć, że podnieśliśmy pałeczkę wytrąconą nam w 1939 roku? I kto ją podniesie? Czy mamy szansę być kolejnymi Czechami czy Belgią?
Moim zdaniem na pełne odrodzenie warzelnictwa jako naturalnej kontynuacji stanu sprzed wojny i komuny nie mamy już szans. Sprawy zaszły za daleko, polski konsument jest spragniony jakości ale wychowany albo na piwie warzonym za czerwonych albo, jeśli jest młody, na masowym produkcie o wątpliwych walorach. Znaczna grupa Polaków pije więc i będzie piła masówkę, częściowo z przyzwyczajenia a częściowo dlatego, że machina marketingowa dużych koncernów przesłania im obraz, uwalnia ich niejako od myślenia o smaku oferując w zamian wizję stylu życia, skojarzenia ze znanymi osobami czy ze sportem drużynowym. Ale jest w kraju niemała grupa która sięga i będzie sięgać po produkt lokalny nastawiony na smak. A co ważniejsze browary regionalne mają jeszcze sporo miejsca nad głową zanim uderzą w sufit.
Tylko co wtedy? Przecież nie nastąpi koniec historii, dokądś rynek będzie zmierzał i w miarę jak stajemy się zamożniejsi i bardziej spragnieni świetnych produktów zarówno koncerny jak i mali producenci będą musieli nam jakoś odpowiedzieć.
Na model czeski czyli kulturę bardzo powszechnego picia wybornego słabego lokalnego piwa nie ma szans. Nie dlatego, że nie ma komu pić ale przede wszystkim nie ma gdzie. Typowe obecnie polskie „puby” to moim zdaniem okropny wynalazek, w większości to miejsca kompletnie wyprane z charakteru, niegościnne, zaprojektowane tak, żeby pary i małe grupki mogły się izolować od reszty gości. Jak wchodzę do takiego lokalu i widzę szpitalne kafle na podłodze to się zastanawiam czy mają też gumowy wąż i parę kaloszy za barem, żeby spłukać po nas na koniec wieczoru. W centrach dużych miast jest lepiej, są fajne miejsca, są i miejsca magiczne. Ale kultura piwa leży w powszechności a nie w centrum stolicy. To samo co zabiło świetną niegdyś polską gastronomię opartą na lokalnych sezonowych produktach i nienagannej obsłudze, poddusiło również kulturę piwa.
Model belgijski czyli silna regionalizacja i niepowtarzalne style, też nam nie grozi. Takie skarby jak Grodzisz, które stanowiły o różnorodności i sile polskiego rynku piwa, zniknęły z mapy. Wiem, że są drożdże, są starania, są repliki. Ale Grodzisza jak nie było tak nie ma. To nie znaczy, że to, co jest, jest złe. Browary regionalne produkują piwo średnie, niezłe, dobre i bardzo dobre. Nasze portery bałtyckie są uważane za jedne z najlepszych. Ale wszystkie małe browary produkują mniej więcej to samo, starają się wpasować w istniejące segmenty, zaproponować alternatywę dla innego znanego produktu. A ja bym się cieszył gdyby któryś producent zaryzykował i postanowił się w końcu wychylić.
Moim ulubionym browarem w zasięgu jednodniowej wycieczki z mojego domu jest BrewDog we Fraserburgh. Chłopacy, którzy to prowadzą są niewiele starsi ode mnie a tak namieszali na rynku od 2006 roku, że doczekali się naśladowców, kopii ale też pozwów i pikiet. Produkują piwa bez trzymanki. Rozkładają klasyczne style na czynniki pierwsze a potem składają je z powrotem według swojej własnej filozofii, często przerysowując cechy dla danego stylu typowe (Hardcore IPA jest tak chmielowy, że urywa głowę, Rip Tide porter tak gorzki, że wypadają zęby, itd.). Są bezkompromisowi, bezczelni i świętokradczy. Uwarzyli najmocniejsze piwo świata, wsadzali butelki w wypchane zwierzęta, naśmiewają się z brytyjskiego prawa warząc niskoalkoholowy Nanny State. Mają tylu zaciętych wrogów co fanatyków. Ale nawet ci, którzy ich nienawidzą muszą się z nimi liczyć. Bo to, co BrewDog dziś bierze z sufitu, jutro będzie na językach a pojutrze trzeba będzie to kopiować. Bo BrewDog to 10% PR-owego geniuszu i 90% innowacji i ciężkiej pracy przy kadzi.
I to moim zdaniem byłaby świetna droga dla kilku polskich browarów. Nie teraz, za jakiś czas. Nowoczesne opakowanie, marka mówiąca do nas współczesnym językiem, brak nacisku na tradycję a jedynie smak, smak, smak. Zadanie nie jest łatwe bo innowacyjny produkt jest drogi a grupa odbiorców mała. Ale taki prekursor ciągnie za sobą resztę, zmusza wszystkich graczy na rynku do ruszenia głową a stąd już krok do takiego runku piwa na, jaki zasługujemy. Jeśli ktoś się odważy to ma już pierwszego fana.
A Wy jak myślicie, jak rozwinie się polskie piwo? Co zrobią regionalne browary gdy rynek się nasyci?