
REKLAMA
Dawno, dawno temu, pisałem historyjki pod hasłem „Mój przyjaciel ma twarz inspirowaną kubizmem”. Była to forma odreagowania na stres, niemoc, a przede wszystkim na robienie rzeczy związanych ze studiami, czyli wymuszonych. Historyjki były swego rodzaju komentarzem do współczesności, głównie o sprawach banalnych, typu talent show, a więc prosty jak drut musiał być mój fikcyjny kolega. Na przykład obsadzał członków komisji wymyślonego konkursu „Big Brother Idol”, czyli Kubusia Podwórkowego, Bogusia Pindę i Czarka Szponę. Innym razem wymyślał genialny biznesplan na produkcję miętowych prezerwatyw. W międzyczasie starał się być erudytą, tłumacząc z angielskiego na polski napis „Spirit of the time”, znajdujący się na etykiecie taniego wina, wykazując dobitnie, że można bawiąc uczyć. A ja miałem niezły ubaw i mogłem przy okazji odreagować. Pisałem do szuflady, nawet nie myślałem wtedy, żeby ujawniać mojego kubistycznego przyjaciela.
Niedawno przeczytałem w popularnym tygodniku o profilu „Ch… Pani Domu” jako aktualnym fenomenie socjologicznym. Pół miliona internautów oficjalnie go polubiło, a pewnie przynajmniej drugie tyle go obserwuje. Lwią część lajków generują kobiety. Internet służy upowszechnianiu rzeczy śmiesznych czy szokujących i z tym nie zamierzam dyskutować. Jednak zastanowiła mnie historia blogerki, która zaczynała od ambitniejszych form, poświęconych m.in. recenzjom czy podróżom.
Ja też mam często problem ze schowaniem/wyciągnięciem naczyń do/ze zmywarki, sprzątamy kolektywnie zasadniczo raz w tygodniu, tj. w piątek wieczorem, żeby nie zawalać się syzyfową robotą w weekend. Moje książki i gazety są wszędzie, ciuchy też, a mój muzyczny kąt, czyli plątanina instrumentów, sprzętów i kabli wymaga uporządkowania od 2012 roku. Czy z tego powodu mam założyć profil „Ch… Pan Domu”? A później mieszać herbatę szczoteczką do zębów, bo akurat je myję, głównie po to, żeby mieć śmieszny post?
W trakcie czytania artykułu zacząłem się poważnie zastanawiać. Zatytułowałem swój blog „Trzy akordy na dwie ręce” myśląc o subiektywnej ocenie trzech dziedzin: muzyki, literatury i filmu. Jednak czy każdy wie, co oznacza słowo akord? Czy kobietom nie będzie się kojarzył przede wszystkim z perfumami? A skoro tak, to po co psikać na dwie ręce, kiedy można psiknąć trzy zapachy na jedną i tyle samo na drugą? A nawet jeżeli z góry wiadomo, że chodzi o muzykę, to czy ktoś nie zacznie się zastanawiać nad techniczną możliwością zagrania trzech akordów w tym samym czasie? Jeżeli mamy dziesięć palców u rąk, to fizycznie jest to możliwe na klawiaturze pianina. Na gitarze raczej nie, chyba, że będą to dwudźwięki, ale wyjdzie trochę kakofonia. A może wrócić do nazwy, pod jaką pierwotnie pisałem bloga, czyli „Horror akordów”? Ale wówczas mamy film, mamy muzykę (względnie perfumy), ale literatura już się nie mieści…
Uspokoiłem się i zacząłem myśleć o różnicy wieku. Skoro blogerka dobiega trzydziestki, a ja czterdziestki, to albo staję się konserwą, albo ona znacząco przedłużyła sobie studia. Pamiętam jeszcze czasy akademickie i określenie ich mianem „myśli nieuczesane” jest bardzo wysublimowanym oraz dyplomatycznym eufemizmem.
Później osaczyła mnie ironiczna refleksja nad zawartością przekazu. Ja się tu zastanawiam czy opisać w swoim blogu najnowszą, genialną płytę Radiohead, czy może dobry film „Ta nasza młodość” z Naomi Watts i Benem Stillerem, względnie rozpocząć wywód na temat świetnej autobiografii Emira Kusturicy, którą właśnie kończę czytać. A tymczasem mój lapidarny komentarz pod jakimś czwartorzędnym wątkiem politycznym ma 400 lajków… A czajnik gotujący parówki na profilu "Ch... Pani Domu" tysiące lajków...
Jak napisałem sieć służy upowszechnianiu rzeczy śmiesznych czy szokujących i nie zamierzam z tym polemizować. Zaskoczyła mnie mimo wszystko ilość fanów tej błahej tematyki. Rozumiem, że profil jest w kontrze do lansowanych przez media stereotypów. Jednak przeglądając wpisy, a omijając te charytatywne i lokujące przeróżne produkty (bloger musi z czegoś żyć :)), znalazłem mało życiowej prawdy, rzeczy, które poza krótkim uśmiechem, względnie dezaprobatą, wnoszą coś do życia i zostaną ze mną. Wychodzi na to, że jest to po prostu taki współczesny homo ludens.
Wyjdę pewnie na konserwę, ale uważam, że publiczne wyrażanie opinii, zwłaszcza pod swoim nazwiskiem, jest misją. A jak taki misjonarz chce być postrzegany, a później zapamiętany, to już jego sprawa…
Zapraszam do lektury moich poprzednich tekstów w pierwszej odsłonie bloga na Facebooku.
