
Stałem z aparatem uwieszonym na szyi. Byliśmy grubo przed czasem, więc na pierwszym planie. On też pojawił się odpowiednio wcześniej, tylko z kobietą u boku, podobnie jak ja. Szedł w naszym kierunku, wziął mnie pewnie za fotoreportera poczytnego periodyku. - Janusz Głowacki – przedstawił się i uścisnął mi rękę. Byłem w ósmym niebie.
REKLAMA
Świat Książki organizował wówczas spotkanie autorskie z okazji wydania zbioru Jego dramatów. „Antygonę w Nowym Jorku” znałem ze szkoły średniej, ale dopiero na studiach dokonania Pana Janusza przemówiły do mnie w pełni - konieczna jest dojrzałość do ich czytania. Wymyśliłem kiedyś na własny użytek pojęcie „jowialnego realizmu”, a więc nurtu literackiego, do którego zaliczam właśnie Janusza Głowackiego, Marka Hłaskę, Sławomira Mrożka, Andrzeja Waligórskiego i Andrzeja Stasiuka. Najkrócej mówiąc panowie nie owijają życia w bawełnę. Ale ten często ponury obraz ludzkiej kondycji czy gorycz doświadczeń swoich bohaterów równoważą salwami bardzo inteligentnego humoru. Oczywiście każdy z nich z różną intensywnością. Najbardziej proporcjonalnie robił to właśnie Pan Janusz, który ironiczną analizę rzeczywistości stosował względem swoich bohaterów w równej mierze, co wobec siebie.
Był arcymistrzem wielu form, zaczynając od felietonów czy krótkich opowiadań w stylu mojego ulubionego „Przed burzą”, przez powieści, z jakich najbardziej cenię „Ostatniego ciecia”, po wielkie dramaty, z których znał go cały świat. Był też mistrzem autoironii, czego pomnikowym przykładem jest autobiograficzne „Z głowy”. Warto przypomnieć, że był twórcą lub współautorem wielu ważnych scenariuszy filmowych, oprócz oczywistości w postaci „Rejsu”, „Polowania na muchy” czy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” miał też spory wkład w znakomity film „Billboard”. Bardzo dobrze, że opublikowana została autorska wersja scenariuszu o Wałęsie. Gdyby Andrzej Wajda docenił poczucie humoru swojego etatowego scenarzysty, to pewnie filmowa historia o Lechu byłaby bardziej o człowieku niż o pomniku.
Mógłbym tu wymienić jeszcze wiele Jego dokonań, które współtworzą światowy spis lektur obowiązkowych. Jednak najważniejsze jest to, co zostaje w nas z tych wszystkich przeczytanych książek, jak wpływają na nasze myślenie o rzeczywistości, innych ludziach i w końcu o nas samych.
Dokładnie tydzień temu rozmawiałem ze znajomymi o tym, jak zmienia się popkultura, o tym, że kiedyś Polański czy Komeda musieli się strasznie napracować, żeby odnieść międzynarodowy sukces. A nawet jeżeli ktoś zrobił wybitne rzeczy w Polsce, to musiał liczyć na cud, żeby powtórzyć osiągnięcia za granicą. I tu za doskonały przykład podczas naszej rozmowy posłużyło słynne spotkanie Pana Janusza z Arthurem Millerem, dramaturgiem i mężem Marilyn Monroe, które zainicjował długi skórzany płaszcz Głowackiego, jaki spodobał się Millerowi. Od słowa do słowa i sprawy potoczyły się najlepszym z możliwych torów dla polskiego dramaturga. Tydzień temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że za chwilę On odejdzie, jak gdyby nigdy nic. Dziś jednak pocieszam się jedną myślą, że był, jest i będzie stale obecny w mojej mitologii.
Podczas naszego pierwszego i niestety ostatniego spotkania odważyłem się zadać Panu Januszowi jedno pytanie. Oczywiście dotyczyło ono inspiracji, która zadecydowała o powstaniu „Ostatniego ciecia”. Wiedziałem, że spotkanie było o zbiorze dramatów, który właśnie się ukazał, a mój Mistrz wiedział o tym jeszcze lepiej. Jednak ze swoim stoickim spokojem opowiadał mi o wielkiej reklamie męskich gaci w centrum Nowego Jorku. A ponieważ żyjemy w czasach dominacji mediów i popkultury, to nawiązanie do filmu „Obywatel Kane” było jakby naturalne. I jednocześnie bardzo oryginalne. Później ustawiłem się w długiej kolejce po autograf, a w zasadzie wiele autografów w wielu Jego książkach, z jakimi wtedy przyszedłem. Pan Janusz zwrócił na to uwagę: - Widzę, że pan sporo mnie czyta. Dziękuję - Znowu byłem w ósmym niebie.
Żegnaj Mistrzu... Pozdrów serdecznie Panów Marka, Sławomira i Andrzeja. Pewnie będziecie prowadzić nieskończone rozmowy o człowieku, literaturze i trochę o Polsce. Szkoda, że nikt ich już nie opublikuje :(
