https://twitter.com/milesaheadfilm

Tutaj przypomniała mi się jedna z najlepszych anegdot ever, także związana z muzyką, filmem i motocyklem. Otóż Roman Polański umieścił w swoim największym horrorze reklamę motocykli Yamaha. Japończycy zachwyceni tym faktem wręczyli reżyserowi w ramach podziękowania podobny jednoślad. Podczas jednego z przyjęć w czasie promocji „Dziecka Rosemary” na scenie stał fortepian marki Yamaha. Goszczący na imprezie Polański powiedział obecnemu tam także Krzysztofowi Komedzie, żeby podszedł do fortepianu i coś zagrał, wtedy – jak przekonywał reżyser muzyka – na pewno Japończycy dadzą mu ten instrument. Komeda dał się skusić. Po zakończonym występie przedstawiciel koncernu Yamaha dał kompozytorowi firmową… zapalniczkę.

REKLAMA
Ponieważ kręcimy się nieustająco w wielkim wirze kultury masowej, w zasadzie to już sporych rozmiarów tornado, to nieco masowo podejdę do tematu. Recenzja będzie dotyczyła trzech filmów na raz, ale widzianych w ciągu ostatnich miesięcy. W zasadzie czterech filmów, bo nie sposób opisywać wrażeń po „Trainspotting 2” bez odwołania się do megakultowej części pierwszej.
Dla uporządkowania od razu napiszę, że wpis będzie dotyczył filmów „Born to Be Blue”, „Miles Ahead”, „Trainspotting 2”, czyli po części „Trainspotting”. Postacią centralną wpisu będzie zatem jeden z moich ulubionych aktorów, czyli Ewan McGregor, który zagrał w trzech z tych filmów. Centralną, co nie znaczy że najważniejszą, nie będzie on wspólnym mianownikiem tych filmów, co jest sporym komplementem, bo oznacza, że nie jest linearny w tym, co robi.
Zacznę od jazzu, bo dwa z filmów dotyczą biografii trębaczy – Milesa Davisa i Cheta Bakera. Ich wkład w światową muzykę jest delikatnie mówiąc niesymetryczny, w zasadzie nie ma co porównywać kalibru dokonań każdego z nich. Jednak od razu napiszę, że z filmami jest dokładnie odwrotnie. „Miles Ahead” (reż. Don Cheadle) to film o najmroczniejszym etapie życia Milesa, kiedy odłożył trąbkę na blisko 5 lat i pławił się w skrajnie destrukcyjnych uciechach życia, taki paradoks. I ni z gruszki pojawia się historia sensacyjna ze strzelaninami i pościgami samochodowymi - tak dla obudzenia znad popkornu i coli młodzieży. Tylko że sporym kosztem etosu trębacza i innowatora jazzu. Film to idée fixe Dona Cheadle’a, amerykańskiego aktora, który bardzo chciał wyreżyserować obraz i zagrać w nim główną rolę. Trwało to parę lat, ale pragnienie było ogromne. Podejście przypomina odrobinę skrajny przypadek z naszego rodzimego podwórka, czyli film tak samo zafajdany w tytule, jak i w fabule. Ale nie chcę kopać leżącego dziś artysty, który ma coraz mniej do powiedzenia.
Wracam do „Miles Ahead”, a zwłaszcza do nieźle wykreowanej przez Ewana McGregora postaci dziennikarza, który komplikuje życie Milesa, a później pomaga mu je poskładać w całość. McGregor to jeden z nielicznych aktorów, którzy mnie przekonują do tego, co robią, niezależnie od fabuły i budżetu filmu. Tak było w przypadku obrazów „Płytki grób”, „Autor widmo” czy oczywiście „Trainspotting”. W „Miles Ahead” jawi się trochę jako cwaniaczek, ale jest pozytywną postacią i swoją dynamiczną grą nieco ratuje w sumie całościowo średni film o geniuszu. Piszę to oczywiście subiektywnie, bo wolałbym żeby niezależnie od tego jak skrajnie hedonistyczny, bezwzględny a czasem okrutny był Miles Davis to jednak poświęcić mu obraz godny jednego z najważniejszych twórców muzyki. „Miles Ahead” nie jest takim filmem. Jest w nim sporo epizodów związanych z powstaniem m.in. albumów „Kind of Blue”, „Sketches of Spain”, także związku z najbardziej inspirującą muzyka kobietą, czyli Frances Taylor. Najcenniejsze dla mnie są lapidarne wypowiedzi Davisa o muzyce, a przede wszystkim końcówka filmu, kiedy na scenie grają z filmowym Milesem jego wielcy współpracownicy i spadkobiercy, m.in. Herbie Hancock, Wayne Shorter oraz Esperanza Spalding czy Robert Glasper. Don Cheadle ma podczas występu na plecach napis #SOCIAL MUSIC. Genialne.
„Born to Be Blue” (reż. Robert Budreau) opowiada bardzo podobną historię, czyli trębacza który wychodzi z głębokiego dołu, żeby po zrobieniu jeszcze wielu małych kroków stanąć na scenie i znowu grać przed coraz większą publicznością. Chet Baker, bo o nim jest film, nie był muzykiem na miarę czarnoskórych gigantów – Milesa czy Dizzy’ego Gillespie. Film opowiada przede wszystkim o walce ze sobą, o znalezieniu motywacji, które najpierw trzymają nas przy życiu, a za chwilę pomogą w powrocie z ciężkiego nałogu do równie skomplikowanej rzeczywistości. Okazuje się, że dla instrumentalisty nie zawsze tą motywacją jest muzyka, jak w przypadku powrotu Milesa. Tutaj jest nią wielka miłość kobiety do muzyka, która na początku jest bezwarunkowa i nie zna barier, także rasowych. Wszystko co najlepsze w tym filmie dzieje się za sprawą gry aktorskiej Ethana Hawke’a oraz zjawiskowej Carmen Ejogo. Na szczególną uwagę zasługuje także ścieżka dźwiękowa, która nie jest tak intensywna i napakowana jak w „Miles Ahead”, ale to siłą rzeczy oczywiste. W „Born to Be Blue” trąbka pojawia się w wybranych momentach, jest subtelna, jakby reżyser chciał zaskoczyć jej unikalnym brzmieniem. I tę filmową biografię trębacza zdecydowanie polecam.
Dla niepocieszonych moją opinią o „Miles Ahead” dodam, że w filmie „Born to Be Blue” Miles także się pojawia, w całkiem ciekawym kontekście. Można zatem powiedzieć, że jego biografia jest oryginalnie dawkowana w innych filmach i ma nie tylko wymiar tła muzycznego. Pasjonatom kina przypomnę, że ciekawe wątki związane z Milesem pojawiają się w całkiem dobrym filmie sensacyjnym „Zakładnik” (reż. Michael Mann), a przede wszystkim w jednym z odcinków serialu „Miami Vice”, gdzie Miles Davis pojawia się osobiście i gra… alfonsa. Trębacz wystąpił także swego czasu w reklamie skutera Hondy…
Tutaj przypomniała mi jedna z najlepszych anegdot, jakie słyszałem, także związana z muzyką, filmem i motocyklem. Otóż Roman Polański umieścił w swoim największym horrorze reklamę motocykla Yamaha. Japończycy zachwyceni tym faktem wręczyli reżyserowi w ramach podziękowania podobny jednoślad. Podczas jednego z przyjęć w czasie promocji „Dziecka Rosemary” na scenie stał fortepian marki Yamaha. Goszczący na imprezie Polański powiedział obecnemu tam także Krzysztofowi Komedzie, żeby podszedł do fortepianu i coś zagrał, wtedy – jak przekonywał muzyka reżyser – na pewno Japończycy dadzą mu ten instrument. Komeda dał się skusić. Po zakończonym występie przedstawiciel koncernu Yamaha dał kompozytorowi firmową… zapalniczkę.
Wracam do Ewana McGregora i „Trainspotting 2” (reż. Danny Boyle). Kultowy „Trainspotting” z 1996 roku to jeden z najważniejszych obrazów pokolenia w całej kinematografii światowej. Film prezentuje świetnie wykreowane indywidualności oraz jednocześnie wiele skrajnie dramatycznych i maksymalnie zabawnych scen, które już weszły do kanonu kultury. Nurkowanie w muszli klozetowej, prześcieradło z niespodzianką czy spuchnięta jak balon twarz niemowlaka – to tylko kilka z nich. O filmie napisano już bardzo dużo, więc nie ma sensu się tutaj produkować i udowadniać, że czarne jest czarne, a nawet jeszcze czarniejsze.
Druga część opowieści o czterech kolegach ma przede wszystkim charakter rocznicowy – powstała na dwudziestolecie filmu i siłą rzeczy chłopcy są o szmat czasu starsi. Ale czy są inni? Niewiele się w tym względzie zmieniło, w co trochę trudno uwierzyć. Bohater grany przez McGregora wraca po długiej nieobecności i musi się spodziewać konsekwencji tego powrotu. Jak się okazuje lata nie wyleczyły kumpli, których oszukał, z wściekłości wobec niego i w zasadzie temu „wyrównywaniu rachunków” jest poświęcona druga część filmu. Obraz jest śmieszny, sytuacja bohaterów nadal tragiczna, ale – jak to bywa przeważnie z drugimi, trzecimi czy dziesiątymi częściami – pierwowzór ciężko przebić. Nawet jak poszczególne części łączy ze sobą niewiele elementów, a fabułę buduje się na czymś zupełnie nowym. Tutaj łączników z pierwszą częścią jest bardzo dużo. Mało tego, pojawiają się nawet fragmenty pierwszego filmu, żeby poza głównymi aktorami pokazać silny związek obu części. „Trainspotting 2” jest zrobiony całkiem dynamicznie, wiarygodnie, nie brakuje przezabawnych elementów, takich jak choćby ratujące niebezpieczną sytuację spontaniczne wykonanie piosenki na okoliczność rocznicy jakiejś bitwy, czy bokserskie ambicje Spuda. Pod koniec sprytnie prowadzona całość trochę się rozjeżdża, żeby na sam finał jednak zaskoczyć widza.
Czytałem w wielu opiniach że „Trainspotting 2” został zrobiony na siłę, że nie dorównuje nawet w połowie części pierwszej, że mogli sobie podarować i zostać przy tym, co powstało… Może i tak, ale szczerze przyznam, że takie kino, nawet jeżeli są to echa dawnych i wielkich dokonań, przemawia do mnie bardziej niż cała masa popcornowej popeliny wielkich multipleksów. Taki przykład. Poszliśmy ostatnio do najnowszego i – jak piszą – największego kina we Wrocławiu z moim sześcioletnim synem. W repertuarze były dla niego filmy o ninjago i emotikonach… czyli o bohaterach z klocków czy z grafiki użytkowej w telefonach. Dlatego dla równowagi w domu puszczamy mu „Indianę Jonesa”, najlepsze filmy made in Pixar czy klasyki w stylu „Żółta łódź podwodna”. W wakacje oglądał to, co my w dzieciństwie i nie mógł uwierzyć, że kiedyś telewizja była czarno-biała.