Marcin Wilk, "Tyle słońca. Anna Jantar", wyd. Znak, Kraków 2015.
Marcin Wilk, "Tyle słońca. Anna Jantar", wyd. Znak, Kraków 2015.

Opowieści z życia piętnastolatki Anny Szmeterling z Poznania, znanej później wszystkim jako Jantar, które za chwilę, przytoczę, wydarzyły się dokładnie pół wieku temu. Bohaterką jest młoda dziewczyna, ładna, wesoła, dowcipna, pewna siebie, kolorowa, lubiąca pozować na dorosłą – zwyczajna nastolatka. Pożądała trudno dostępnych kosmetyków, odjechanych ciuchów, spojrzeń chłopaków. Miała wielkie marzenia o byciu piosenkarką i niemałe parcie na szkło. Jest to "standardowy" biografiam ikony popkultury. Znacie to?

REKLAMA
Tak mogłaby wyglądać alternatywna historia początków kariery Taylor Swift, gdyby urodziła się pięćdziesiąt lat temu w PRL-u. Paradoksalnie wokalistki są do siebie podobne. Młoda, zdolna, atrakcyjna, obdarzona przyzwoitym wokalem, ale nie jakimś wybitnym, choć miłym dla ucha. Lubiana przez otoczenie, bezpretensjonalna, niepozująca na gwiazdę, sumienna i niespóźniająca się nigdy na próby – zwyczajna nastolatka zwracająca na siebie uwagę swoimi pasjami i otwartością wobec świata.
Ania (mówiono na nią Hania) lubi się malować, choć wie, że jej nie wolno, bo jest za młoda. Dziewczyna maluje się ukradkiem, po kryjomu, by rodzice nie widzieli, bo będzie wielka awantura. Warto dodać, że wcale tak łatwo nie było o kosmetyki w tamtych czasach.
Jest rok 1965, kwiecień. Hanka (bo już nie Hania) ma skończonych piętnaście lat. No i wreszcie w piątkowe popołudnie wyszła z budy, czyli ze szkoły. Zbiega po schodach. Za nią brachom, czyli brat. Zatrzymują się na półpiętrze, trochę chichotów, lekka szamotanina. Hanka czegoś szuka. W końcu wyciąga tusz do rzęs i cienie do powiek. Romek nie będzie się interesował, skąd to całe oprzyrządowanie (w końcu to babskie sprawy), ale jak przystało na brachola – będzie krył młodszą siostrę i nie powie rodzicom (s. 75)*.
Ania lubi też ciuchy, bardzo lubi kapelusze i flirty z chłopakami – jeszcze niewinne. Jak z kuluarowej historii, gdy umówiła się z kilkoma chłopakami na raz w jednym miejscu i czasie, na spotkanie nie przyszła, tylko z daleka podpatrywała wraz z koleżankami ich reakcję. Śmieszne i zabawne, choć nie dla nich.
Hanka – w kapeluszu i płaszczu – idzie więc przed siebie, krokiem lekko tanecznym (…). Podbiega do bimby, czyli do tramwaju. Chce podjechać w stronę Armii Czerwonej. Będzie przyciągać wzrok niektórych szczunów, czyli poznańskich chłopaków. Czasem odwzajemni uśmiech, czasem odwróci się lodowato. Zna swoją wartość, atrakcyjna mela, czyli dziewczyna (s. 77).
Nie bała się ludzi i lubiła, gdy było wokół niej wesoło.
Waletntyna Martinek wspomina: „Jechałyśmy kiedyś tramwajem, a był to czas, kiedy motorniczych na niektórych liniach wyposażono w mikrofony, by zapowiadali kolejne przystanki. Ania podeszła do motorniczego, mówiąc: Zapowiadanie przystanków jest nudne, więc może ja coś powiem? ?. Oczarowała go swymi pięknymi oczami i uśmiechem, chwyciła mikrofon i… zaczęła opowiadać dowcipy” (s. 78).
Była zdolną uczennicą, ale nie miała czasu porządnie się przygotować do matury i oblała ją za pierwszym razem, bo już sporo koncertowała. Nauczyciele nie byli zachwyceni tym faktem i obrywała za to w szkole.
O czym dziewczyny rozmawiają? Może wspominają, jak narozrabiały na lekcji historii (…). „Ania przerażona trąciła mnie w bok: Wala, zrób coś (…). Siedziałam przy ścianie i jedyne co mi przyszło do głowy, to włożyć cyrkiel do kontaktu. Zrobiło się spięcie i zgasło światło. Zaskoczony profesor nie zorientował się i posłał po elektryka, a ja w ciemności usłyszałam tylko chichot przyjaciółki. Po kilku minutach przyszedł woźny i wymienił bezpieczniki. Lekcja trwała nadal, ale numer z cyrklem powtórzyłyśmy jeszcze dwa razy i w ten sposób upiekła się Ani dwója z historii (s. 78).
Tych opowieści jest więcej. Na przykład listowny romans z Markiem Grechutą, gdy jeszcze nikomu nieznaną nastolatką będąc zwróciła jego uwagę. To tak, jakby Dawid Kwiatkowski teraz napisał wiadomość na wallu facebookowym do zauroczonej nim nastolatki, a to obecnie najbardziej pożądany łamacz dziewczęcych serc w Polsce. Najpierw odbyła się, ponoć niejedna, całonocna impreza z zespołem Grechuty Anawa w mieszkaniu rodziców Ani przy Kasprzaka. Bohaterka miała już całe osiemnaście lat, więc mogła imprezować.
Podobno następnego dnia w czasie koncertu Marek Grechuta utwór „Będziesz moją panią” – zadedykował „najpiękniejszej poznaniance”, adresatką owego wykonania była Ania, „o czym pisała nawet prasa studencka” (s. 92).
Potem była krótka, ale piękna kariera najbardziej ukochanej polskiej piosenkarki, którą przerwał tragiczny wypadek samolotowy. Na pogrzebie 29-letniej Anny pojawił się 40-tysięczny tłum fanów. Z biegiem czasu jej twórczość i życie owiane zostały legendą, a ona sama przeszła do historii.
Jaki morał z tych opowiastek o ikonie popkultury? Nastolatki pod pewnymi względami nie różnią się od siebie – nie dzieli ich nawet pół wieku różnicy. Historia Anny Jantar to historia babć obecnych gimnazjalistek. Współcześnie Anka byłaby hipsterką obracającą się w środowisku kolegów starszego brata – studenta polonistyki, wielbiciela poezji, znajomego poetów, choć być może kochałaby się Harrym Stylesie jak na typową nastolatkę przystało, a swoje marzenia o śpiewaniu mogłaby realizować w programach typu talent show albo wrzucałaby na Youtube filmiki z coverami.
Z ikonami popkultury jest tak, że każdy może sobie stworzyć ich własną wersję. Historia Anny Jantar może również inspirować nastolatków, zwłaszcza w kontekście edukacyjnym – jak wyglądał showbiznes w PRL-u, jak rywalizowały ze sobą sławne piosenkraki oraz jak rodził się kult gwiazdy, który nie słabnie od pół wieku. To także może stać się przyczynkiem do budowania więzi międzypokoleniowej między wnukami a dziadkami jako pretekst rozmów o przeszłości dziadków i historii rodziny.
*Cytaty pochodzą z niedawno wydanej biografii „Tyle słońca. Anna Jantar” (wyd. Znak) autorstwa Marcina Wilka. Polecam nie tylko dorosłym!