REKLAMA
Osiedliłem się w świecie, w którym twój gest i słowo
były niezaprzeczalne. Mimetyzm i naśladowanie
były oceniane jako lojalność. Opanowałem sztukę
zlewania się z landszaftem, jak z meblem czy zasłoną
(co odbiło się z czasem na jakości garderoby).
Z moich ust zaczął się niekiedy wydobywać w rozmowach
zaimek osobowy w liczbie mnogiej,
a w palcach zbudziła się ruchliwość głogu w ogrodzie.
Przestałem też oglądać się za siebie. Gdy usłyszę tupot,
już teraz się nie boję. Czuję na plecach, niby przeciąg,
że gdzieś tam za mną ciągnie się ulica,
która zarosła kolumnadą,
a na jej końcu błękitnieją fale
Adriatyku. Ich suma to na pewno jest
twój prezent, Wertumnusie. Jeśli ktoś woli - reszta,
drobne, którą szczodra nieskończoność
obsypuje czasami to, co się skończy. Po części - przez zabobon,
po części, prawdopodobnie, dlatego że ono jedno -
- jako skończone - jest zdolne do odczuwania szczęścia.