W "Jądrze dziwności" Peter Pomerantsev prowadzi nas przez sieć "postmodernistycznej dyktatury" z jej potworkowatymi dziećmi wolności - sekciarzami, zawodowymi podrywaczkami i fasadowymi opozycjonistami. To obraz dobrze znany, ale niezmiennie przerażający. Czytamy o świecie, o którym wiemy, że istnieje, ale warto sobie czasem o nim przypomnieć.

REKLAMA
Wspólnym mianownikiem wszystkich historii opisanych w "Jądrze dziwności" jest pozór. Ojca Pomerantseva aresztowano za kolportaż książek Nabokowa i Sołżenicyna. Było to w czasach, kiedy w pracy było się dobrym socjalistą, a po południu w domu słuchało się BBC. Śpiewało się komsomolskie piosenki, a po nich włączało Deep Purple. Dziś też podział na oblicze publiczne i prywatne jest aktualny - producenci z Ostankina wieczorami są opozycjonistami, a oligarchowie wyśpiewują hymny na cześć rosyjskiego konserwatyzmu, choć własne rodziny i pieniądze trzymają w Londynie.
Pozorom publicznego oblicza trudno się zresztą dziwić - nie jest przecież możliwe dostatnie życie przy zupełnym odcięciu się od Kremla - same gwarancje wynikające z prawa własności doznają poważnych ograniczeń, a często okazuje się, że prawo to - jakkolwiek treściowo szerokie - bywa w rosyjskich realiach iluzoryczne. Pomerantsev przypomina, że przed trafieniem do "nieba" liberalnej demokracji i gospodarki rynkowej Rosja musiała przejść przez czyściec pokus transformacji. W tym czyśćcu wielu się jednak głównie brudziło, a władza może o tym pamiętać lub wdzięcznie zapomnieć. W końcu Allah na wszystko potrafi spojrzeć z odpowiedniej perspektywy.
Perspektywa to zresztą kluczowe słowo. Przy przyjęciu odpowiedniej, Rosja prezentuje się świetnie - demokracja jest odfajkowana, bo regularnie odbywają się wybory. Rozwój społeczeństwa obywatelskiego też, bo wciąż powstają organizacje pozarządowe. Własność prywatna też jest odfajkowana, a ingerencja w nią dopuszczalna tylko w imię walki z korupcją. Nad pilnowaniem "ciemnego ludu" czuwają natomiast eksperci - zgodnie z ich zaleceniami przez wszystkie przypadki należy odmieniać w mediach takie słowa jak "stabilizacja", "wróg" i "oni". Kremlowski propagandysta Władisław Surkow na wszelki wypadek raz w tygodniu spotyka się z szefami wszystkich stacji telewizyjnych i instruuje ich, kogo można atakować, a kogo zapraszać. Najmilej widziane są jednak wesołe tematy.
Władza władzą, ale Pomerantsev przypomina, że fundament państwa rosyjskiego stanowią urzędnicy, czyli silne i surowe czterdziesto- i pięćdziesięcioletnie kobiety. Zainstalowane w latach 70' telefony cierpliwie do nich dzwonią, ale nikt ich nie odbiera. Warto zresztą wiedzieć, dokąd dzwonić, bo zarówno w urzędach, jak i w sądownictwie zapłacić należy właściwej osobie - inaczej pieniądze pójdą na marne.
Jakkolwiek ocena Marci Shore, jakoby "Jądro ciemności" było najbardziej wnikliwą filozoficznie próbą naświetlenia Rosji Putina taką jaką jest, jest zbyt daleko idąca, bo Pomerantsev pokazuje Rosję, jaką już, choćby z opowieści, dobrze znamy, to jednak zawsze ciekawa jest lektura o kraju, w którym wszystko jest możliwe - jak dwie siostry, z których jedna zostaje prostytutką, a druga dżihadystką. Jak enigmatyczny producent telewizyjny, który w gabinecie trzyma kałasznikowa i kije golfowe. Jak piosenkarka z klubu nocnego, która wyjechała do Turcji ze skandynawskim ambasadorem, a on porzucił dla niej i rodzinę i karierę dyplomaty. Jak Instytut Cybernetyki w Kaliningradzie, który formalnie działa, ale płace są tak niskie, że wszyscy pracownicy zajmują się głównie handlem rybami. I chyba właśnie w takich historiach tkwi tytułowe "jądro dziwności".