
… czyli wyjątkowo nie o książce, choć od dobrego czytania nie uciekniecie wcale
REKLAMA
Jak zapewne Szanowni Czytelnicy nie wiedzą, jestem sentymentalnie związany z Włochami poprzez fakt, iż od kilkunastu lat w pięknej Perugii mieszkają moi osobiści rodzice. W związku z tym sentymentem m.in. od czasu do czasu podczytuje kapitalny magazyn o Włoszech pt. „La Rivista”, który to dzisiaj chciałbym Państwu serdecznie polecić, gdyż jest to wydawnictwo zacne - nie tylko dla fanów kraju o kształcie buta - a wydaje mi się, że jakoś szerzej nieznane. Wyjątkowo więc nie będzie to tekst o książkach, choć od razu zaznaczam, że za daleko od literatury to nie uciekniemy. Żeby nie napisać, iż nie oddalimy się od niej prawie wcale.
Jestem świeżo po lekturze dwóch wydań wspomnianej „La Rivisty” oznaczonych hasłami: Święta 2014 i Zima 2015. Nie będę się rozpisywał z jakich działów składa się to czasopismo (przeczytać w nim można o kulturze, języku, podróżach, kuchni, sprawach społeczno-obyczajowych i stylu życia) czy też rozbierał te dwa wydania na części pierwsze z cytowaniem spisu treści włącznie. Musicie mi uwierzyć na słowo, że wszystko tu jest naprawdę ciekawe i na poziomie (teksty tworzą mi.n. dziennikarze, lingwiści, tłumacze, podróżnicy – wszyscy obowiązkowo „zakręceni” w temacie Italii), a ja wymienię tylko to, co mnie w tych dwóch wydaniach zainteresowało najbardziej.
W numerze świątecznym były to: „Samotność proroka” czyli ciekawy tekst o Pasolinim. Tym reżyserze. Wiadomo o co chodzi. Nie trzeba nic dodawać. Następnie rzecz pt. „Prawo włoskie a kulinaria” czyli o produktach wysokiej i najwyższej jakości takich jak kasztany z San Zeno, słynne pomidory z San Marzano czy też szparagi białe z Bassano del Grappa, które hoduje się na grządkach ustawionych na osi północ-południe „w celu jak najlepszego przewietrzenia wiatrem przekraczającym dolinę Valsugama”. Ale najbardziej wciągnął mnie (co chyba zrozumiałe) tekst o Dino Buzzatim, pisarzu, autorze słynnej „Pustyni Tatarów”, którego „Sześćdziesiąt opowiadań” stoi na jednej z półek w mojej biblioteczce jako potężny wyrzut sumienia, że wciąż jeszcze nie przeczytane. I choć autorka ów tekstu, Beata Zatońska, zamieszcza na koniec takie zdanie: „Opowiadania Buzzatiego i jego powieści lepiej czytać samemu, niż czytać o nich”, to mnie się wydaje, że najlepiej zrobić jedno i drugie.
Z kolei w wydaniu zimowym, którego motywem przewodnim są wszelakie granice, ze szczerym zainteresowaniem pochłonąłem artykuł o Trieście, mieście granicznym, w którym to przewija się często-gęsto nazwisko innego świetnego włoskiego pisarza, Claudio Magrisa. Obiecałem sobie, że zrobię gulasz z tegoż Triestu, na który przepis znalazłem w tekście pt. „Kuchnia graniczna” - choć risotto con funghi reprezentujące kuchnię z Ticino też bym chętnie wciągnął. Ale wymiękłem już totalnie kiedy natknąłem się na tekst o „...przekraczaniu granicy rzeczywistości w sztuce Alberta Giacomettiego”. Otóż ten mający włoskie korzenie, szwajcarski rzeźbiarz i malarz surrealistyczny, to tuż za Hieronimem Boschem mój ulubiony artysta! A kiedyś, jakieś dwadzieścia lat i kilo temu, gdym próbował być nieopierzonym poetą, rzeźby ów Alberta inspirowały mnie nie raz do kreślenia w kajeciku pewnych romantycznych poemów. Mam więc do człowieka ogromny sentyment. Ale o tym już sza!
Wróćmy na koniec do „La Rivisty”, która ma format książkowy i dużo w niej dobrego czytania, co radzę Państwu sprawdzić organoleptycznie, gdyż… lepiej ją czytać samemu, niż czytać o niej.
Aktualnie czytam:
