... czyli autobiografia Kusturicy i Hiszpania, której już nie ma

REKLAMA
Emir Kusturica – „Gdzie ja jestem w tej historii?”
logo
Pierwsze zdanie: „W 1961 roku Jurij Gagarin poleciał w kosmos, a ja poszedłem do szkoły.”
Autobiografia Kusturicy - którego uwielbiam za „Udnerground”, „Arizona Dream” i „Czarny kot i biały kot” (kolejność nie jest przypadkowa) - jest bardzo podobna do jego filmów. Z jednej strony ładnie napisana, z drugiej nieco chaotyczna, przejmująco smutna i zrazem wesoła, momentami bardzo poważna, a czasami lekka i zabawna, nostalgiczna i melancholijna a także pełna słońca i życia. Dotykająca spraw najważniejszych, jak miłość i śmierć. Do tego oczywiście szalona i nieprzewidywalna, jak szalone i nieprzewidywalne są Bałkany. A poza tym wszystkim mocno rozpolitykowana.
Choć opowieść zaczyna się od beztroskiego dzieciństwa, szkoły, kolegów i rodziny, to szybko też schodzi na temat marszałka Tity. W końcu okres dorastania przypadł młodemu Emirowi właśnie na czasy panowania tego wielkiego architekta Jugosławii. Rządy Josipa, czas historycznych przemian, które nastąpiły po jego śmierci, dramatyczny rozpad ukochanej ojczyzny i krwawa wojna będąca jego efektem, stanowią ważne tło szczerych historii, które snuje autor.
Jest tu więc poza polityką miejsce na opis wielkiej miłości do najładniejszej dziewczyny w mieście, śmieszna historia z „Amacordem” Felliniego, który „był dla moich filmów tym, czym Wielki Wybuch dla Wszechświata”, a którego Emir trzykrotnie przespał podczas studiów w czeskiej Pradze. Są ciepłe i barwne portrety najbliższych członków rodziny, fragmenty dotyczące przyjaźni z Johnnym Deppem oraz wiele zabawnych anegdot czy też interesujących i nieszablonowych przemyśleń. Jak choćby te dotyczące przyczynienia się Zachodu do rozpadu Jugosławii czy postaci Slobodana Milosevicia.
logo
Emir Kusturica
Mimo często poruszanych poważnych, politycznych tematów oraz tragicznych wspomnień, całość czyta się lekko, szybko i odczuwając szczerą frajdę z lektury. Zwłaszcza, że Kusturica dowodzi tu dobitnie, iż najlepiej czuje się, nie tylko jako reżyser na planie filmowym za kamerą, ale i momentami, jako w pełni świadomy, dojrzały pisarz skupiony nad kartką papieru:
„Kiedy sąsiad z parteru przykrywał biedną Hanifę kocem, wiatr porwał jej szal i uniósł między nowe bloki dzielnicy Hrasno niczym sztandar duszy. Kaszmirowy szal, urodzinowy prezent od syna, przez długie lata ogrzewał schorowaną kobietę. Był odzwierciedleniem jej szlachetności. W naszej pamięci zostanie jako powiewający na wietrze symbol delikatności natury ludzkiej, która w każdej chwili może otworzyć okno śmierci.”
Fajna, ciekawa, zabawna i jednocześnie mądra książka, będąca dobrym uzupełnieniem filmografii tego zdolnego oryginalnego i niepokornego artysty.

Norman Lewis – „Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii.”
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy zamieszkałem w Farol, staruszka, która była właścicielką domu, podarowała mi kota.”
Któż z nas nie miał choć raz takiej myśli jak jeden profesor z popularnego dowcipu, który wypowiadając jego puentę mówi rozmarzony – „A gdyby tak wszystko pier… i wyjechać w Bieszczady?” Podobnie do ów profesora zrobił kilkadziesiąt lat temu Norman Lewis, brytyjski dziennikarz i reporter, który zmęczony wojną spędził rok na hiszpańskim wybrzeżu Costa Brava. Konkretnie w Farol, małej, odciętej od świata wiosce rybackiej. Wiosce jakby z zupełnie innego świata.
Otóż zamieszkują ją rybacy, noszący nazwiska wielkich wodzów, którzy podczas spotkań w jedynej gospodzie zwracają się do siebie wierszem białym:
„Wino z Sort, choć kwaśne jak zawsze, też potaniało i w barze pod syreną zawsze siedziało co najmniej pół tuzina rybaków, rozmawiających białym wierszem. Simon setny raz opisywał przygody na morzu po sztormie w 1922 roku. Posługujący w barze upośledzony chłopiec chichotał nad komiksem, a alkad, który w szkole był dobry z matematyki, próbował rozwiązać zagadkę perpetuum mobile.”
Wspomniany alkad, Don Albert, kolekcjonuje nekrologi z gazet. Krawcowa pełni funkcję kobiety zaspokajającej popędy męskiej części społeczności. Jedna z mieszkanek, która za każdym razem stanowczo prosi Lewisa o opuszczenie kuchni gdy mu gotuje (prawdopodobnie wyczynia w niej kuchenne rewolucje), trzyma w domu upośledzoną dziewczynkę razem z kozą. Wszyscy obchodzą dziwne, tajemnicze, ale także kompletnie pozbawione sensu obrzędy i wierzą w różne gusła i zabobony, jak choćby ten, że skórzane buty przynoszą pecha w połowach. Farol to też wioska kotów rywalizująca z sąsiednim Sort (wioska psów) i miejsce, gdzie wszystko bezwzględnie podporządkowane jest morzu. Do czasu.
W Farol pojawia się bowiem prawdziwa zaraza: „To jak choroba, zakażenie. W przeszłości nękała nas dżuma. Teraz nękają nas turyści.” Wraz z przybyciem to wioski cwanego, spekulanta i bogacza Mugi, pojawiają się za nim turyści i ten specyficzny, oderwany od rzeczywistości świat, który tak zachwycił autora, zaczyna systematycznie zmieniać się i odchodzić w niebyt.
logo
Norman Lewis
Trzeba przyznać, że świetnie jest to napisane. Lewis prowadzi narrację w sposób nieśpieszny, dostojny, melancholijny i miejscami poetycki, ale nie pozbawiony również dobrego humoru czy wręcz komizmu. To także refleksyjna i bardzo klimatyczna rzecz, która potrafi wciągnąć czytelnika bez reszty w ten na pół magiczny, na pół realny świat. Poza tym autor ma sprawną rękę do kapitalnych, bogatych literacko opisów, jak choćby tego dotyczącego połowu tuńczyków, czy też takich krótkich fragmentów:
„Króliki stały się kosztowną rzadkością, a żona rzeźnika wznosiła się na wyżyny artyzmu, prezentując nieliczne okazy, które miała na sprzedaż. Wisiały nad ladą niczym herbowe mobilia, z szeroko rozłożonymi nogami odsłaniającymi wspaniały proporzec wątroby u wejścia do pustej jamy brzusznej, z wytrzeszczonymi ze strachu oczami i białą rozetka przypiętą do każdego ucha. Sposób wystawiania króliczych tusz razem z rozpoznawalną głową regulowało prawo, które miało zapobiec oszukańczej sprzedaży kotów.”
Hiszpania z połowy ubiegłego wieku opisana piórem brytyjskiego reportera to zachwycający i intrygujący świat, którego dawno już nie ma, ale to zachowane po nim wspomnienie niesie ze sobą zwyczajnie piękną opowieść, którą czyta się z ogromną przyjemnością. Ci, którzy miewają czasami takie myśli jak profesor z dowcipu będą zachwyceni.

PS. Uprzejmie donoszę, że od niedawna pisuję o książkach jeszcze tu: http://blog.cdp.pl/author/mikolaj-marszycki/ Zapraszam!
Aktualnie czytam:
logo