… czyli brawurowa powieść Ziemowita Szczerka

REKLAMA
Ziemowit Szczerek – „Siódemka”
logo
Pierwsze zdanie: „No więc siedzisz, Paweł, w swoim oplu vectrze, siedzisz i jedziesz przez skacowany, wymęczony Kraków, sam też zresztą jesteś skacowany i wymęczony, wyjeżdżasz z Krakowa, jedziesz na Warszawę i toczysz się w korku w stronę drogi krajowej numer siedem, Siódemki, szós polskich królowej, jutro rano masz w Warszawie ważne spotkanie, no więc musisz być, cóż poradzisz.”
Szczerek spodobał mi się już dwa lata temu kiedy zabłysnął świetnym „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, w którym pisząc o Ukrainie w duchu Huntera S. Thompsona i reportażu gonzo, w znaczącym stopniu zajmował się też Polakami. W „Siódemce” niepotrzebne są mu już do tego ani żadne gatunkowe odniesienia, ani tym bardziej skrywanie się za Ukrainą. Tu „jedzie” po Polsce po całości i bez pardonu. Dominują celne refleksje na temat naszej ojczyzny i nie są one zbyt przyjemne, choć bardzo, ale to bardzo prawdziwe. A do tej bezkompromisowej, postmodernistycznej i brawurowej nawijki pełnej rozważań o naszych wadach i przywarach, mentalności i tożsamości, skłania go podróż trasą nr 7 z Krakowa do Warszawy. Tytułową Siódemką, szós polskich królową.
W pierwszym kwartale tego roku nie było lektury, przy której bawiłbym się lepiej. Ba, w ogóle dawno już nie uśmiałem się przy żadnej pozycji tak jak przy niej. Humor Szczerka, często czarny, czasem abstrakcyjny czy absurdalny, jest tej książki ogromną zaletą, bo w naszej obecnej prozie dobre poczucie humoru to towar zdecydowanie deficytowy. Z lekturą „Siódemki" wiąże się też kilka innych fajnych rzeczy, ale chyba najbardziej wartościową z nich jest niesłychana rozpiętość gatunkowa i fabularna, przedstawiona przy pomocy żywej i wartkiej frazy oraz błyskotliwego stylu. Zaczyna się ta powieść (tak, to jest powieść, nie żaden reportaż, choć elementy tego gatunku dziennikarskiego też tu występują), podobnie zresztą jak w „Mordorze”, od lekkiej, groteskowej i zabawowej konwencji, by z czasem dojść do klimatów bardzo poważnych i mądrych, przeplatanych komizmem i fantastyką na przykład, a na finisz zaserwować nam totalną pijacko-narkotyczną psychodelię oraz demoniczny mrok i wojnę – oczywiście z Rosją, bo z kim innym.
Gatunkowo natknąć się tu można na elementy wspomnianego reportażu i fantastyki, ale także kryminału, satyry, eseju czy powieści historycznej. Nie mówiąc już o licznych nawiązaniach do popkultury. W głowie może się zakręcić od tego bogactwa jak po mordorowym balsamie, ale jest to literacki rausz, po którym absolutnie nie będzie kaca. W zasadzie mam do tej powieści tylko dwa zastrzeżenia, z których jedno odnotuję tylko ad acta, bo zupełnie mi ono nie przeszkadza – po Polsce, przed Szczerkiem, w podobnym stylu przejeżdżało się już wielu, od Konwickiego i Gombrowicza poprzez Stasiuka, na Vardze kończąc. Istotniejsze jest za to zastrzeżenie drugie – rozczarowujący i położony finał. Zabicie głównego bohatera jest przecież takie przewidywalne i zwyczajnie banalne, zupełnie nie przystające do tego całego bogactwa, które dostajemy wcześniej. Na szczęście do tego nieszczęsnego finału wszystko inne jest prima sort.
logo
Ziemowit Szczerek Foto: Polityka
„Siódemka” podzielona jest na siedem rozdziałów, którym patronują różne demony. Podróż nią jest bowiem nie tylko zabawna i szalona, ale również iście szatańska i piekielna. Siedem jest także architektonicznych cudów Siódemki, bo Szczerek podobnie do Filipa Springera, pastwi się nad naszą „cudowną” przestrzenią publiczną. Jest więc np. kopia zamku w postaci restauracji Rycerska w Książu Wielkim, widok na Miechów z gór w nocy czy tkanka miejska Jędrzejowa. Ten ostatni opis dosłownie "zrobił mi dzień", bo znam dobrze to miasto i mam o nim identyczne zdanie.
„Tak więc jędrzejowski rynek był względnie niezabudowanym kawałkiem śmietniska w śmietnisku zabudowanym, które to śmietnisko nosiło ogólną dumną nazwę miasta Jędrzejowa. Budynkiem, który dominował w centrum miasta, był Dom Handlowy Piast, wyglądający tak, jakby najpierw go obsadzili uchodźcy z terenów opanowanych przez Złotą Ordę, a następnie każdy z tych uchodźców otworzył jakiś mały biznesik.
Jędrzejów był idealnym reprezentantem małomiasteczkowej beznadziei Rzeczpospolitej Polskiej. Miastem o wiele bardziej idealnym niż Zamość, bo precyzyjniej pokazywał, co się stało z miasteczkami w tej części Europy, którą zajmuje państwo o nazwie Polska.
To miasto wyglądało na złe. Na wściekłe. Na wściekle wkurwione i wcale mu się nie dziwiłeś. Wkurwione jak sam szatan. I wszyscy jego mieszkańcy byli podkurwieni, bo musieli być podkurwieni.
Dopadła cię depresja.”
Poza zwiedzaniem podobnych cudów „polskiej szkoły dizajnu” na stronach tej powieści czeka czytelnika również dość wartka akcja. Spotkać będzie można także wiele intrygujących postaci: od autostopowicza „korwinisty”, który poczęstuje głównego bohatera (dziennikarza Pawła) dziwnymi specyfikami, poprzez poczet królów polskich, z którymi będzie on musiał stoczyć walkę na śmierć i życie, po tajemniczego księcia Bajaja głoszącego ciekawe i nieco odjechane teorie na temat Polski i jej miejsca w Europie.
Świetna literacka rozrywka, mądra i zmuszająca do refleksji powieść. Czego chcieć więcej.
Aktualnie czytam:
logo
Poniżej jeszcze link do tekstu o Charlesie Bukowskim, który popełniłem jakiś czas temu:
Tekst linka