…czyli jak szalony Charlie portretował upadek mitu American Dream

REKLAMA
Charlie LeDuff – „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki.”
logo
Pierwsze zdanie: „Sięgnąłem w dół i gumką mojego ołówka trąciłem mankiet spodni.”
Ta książka, to już jeden z hitowych tytułów tego roku jeśli chodzi o reportaże. Pierwszy nakład sprzedał się prawie na pniu i trzeba było szybko robić dodruk. Teraz można natknąć się na tę pozycję nawet w Lidlu (w niższej cenie i miękkiej okładce) notabene tuż obok „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Dodam od razu, że nie mam nic przeciwko sprzedawaniu dobrej literatury w dyskontach, a w tym konkretnym przypadku pisząc "dobra literatura" mam na myśli wyłącznie "Detroit" LeDuffa. Skąd fenomen tego tytułu? Z bardzo prostej przyczyny – to fantastyczny reportaż jest.
Autor, były i doceniany (Pulitzer!) dziennikarz New York Timesa, wraca do Detroit, swojego rodzinnego miasta w bardzo szczególnym momencie. Jest bowiem 2008 r. - kryzys na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych od dobrego pół roku zbiera swoje żniwo, upadłość ogłasza bank inwestycyjny Lehman Brothers a indeks giełdowy Down Jones pikuje w dół niczym kamikaze.
Detroit, w którym jeszcze nie tak dawno realizował się „amerykański sen”, i które było najbogatszym miejscem w USA, obecnie znajduje się w agonii. Miasto, które rozwijało się jak szalone dzięki przemysłowi motoryzacyjnemu (Ford, General Motors, Chrysler) teraz upada głównie dzięki tej samej gałęzi gospodarki. Ale nie tylko, swoje trzy grosze, oczywiście poza wspomnianym już kryzysem, dorzuca też skorumpowana władza, marnotrawiąca i kradnąca pieniądze na potęgę - od zwykłych przedstawicieli administracji, poprzez sędziów, aż po czarnoskórego burmistrza, przypominającego bardziej gangstera niż urzędnika państwowego.
Policjanci w przerdzewiałych samochodach z zepsutym sprzętem, strażacy w dziurawych butach, karetki nie przyjeżdżające na czas, zepsute uliczne latarnie, opuszczone domy pozostawione na pastwę podpalaczy (pożary to w Detroit prawdziwa plaga), przepełnione kostnice (ludzi nie stać na pochówek najbliższych), zatrute grunty, narkomania, przemoc, gangi, bezdomni i przeraźliwa bieda. Mocno przerzedzone miasto (populacja spadła z 2 mln do nieco ponad 700 tys.) pełne wrogo nastawionych do białych, Afroamerykanów, stanowiących teraz 80% ogółu mieszkańców. Na takie m.in. „atrakcje” natknął się LeDuff po przyjeździe do Detroit.
logo
Charlie LeDuff
Do tego jeszcze autor musiał zmierzyć się z trudnymi tematami osobistymi. Wraca bowiem do miejsca, które przyczyniło się w pewnym sensie do upadku jego rodziny. Miasta, w którym zginęła jego siostra (podobny los spotka również siostrzenicę), a brat i matka też nie mają się zbyt dobrze, ledwo wiążąc koniec z końcem. Będzie także przechodził poważny kryzys małżeński związany z tą przeprowadzką, narodzinami dziecka i nieustającym wirem pracy, który wciąż wciąga go w głąb syfiastego bagna o nazwie Detroit.
Wszystko to jest bardzo dobrze napisane – barwnie, wartko, z pazurem i zębem. Oprócz tego, że LeDuff to typ pyskatego, kontrowersyjnego i nieco szalonego, ale jednocześnie przebojowego dziennikarza - który jak go wywalą drzwiami za chwilę włazi oknem - to jeszcze jest autentycznie wkurzony i przejęty tym co się stało z jego miastem. Wkurzony i brutalnie szczery, ale też nie pozbawiony poczucia humoru, co jest też wielkim atutem tego tekstu. Ze względu choćby na mroczną tematykę, reportaż ten ma też od pierwszych stron wyczuwalny sensacyjno-kryminalny klimat, który uwiódł mnie szczególnie. I to tak skutecznie, że nie przeszkadzał mi nawet fakt (czego u innych autorów wprost nienawidzę), iż autor jest wyraźnie zakochany w sobie, lubi o sobie pisać i tym czy owym się pochwalić.
Świetna rzecz, choć, zwłaszcza dla Amerykanów, na pewno bardzo dotkliwa i bolesna. Jakby jednak nie patrzeć, brać ją taniej w tym Lidlu i nawet chwili się nie zastanawiać!
A na koniec cytat, który co prawda nie dotyczy konkretnie sytuacji w Detroit, tylko kondycji amerykańskiej prasy, ale tak naprawdę dotyka choroby, na którą zapadła prasa także u nas.
„Od Nowego Jorku po Los Angeles gazety były pożółkłe i stęchłe, zanim jeszcze zdążyły zjechać z prasy drukarskiej. Trapieni przez wciąż spadające czytelnictwo, coraz większe straty finansowe i ataki przeciwników wydawcy i redaktorzy wyrzekali się własnej osobowości i własnych poglądów, rozpaczliwie próbując nikogo niczym nie urazić. Dlatego nie było już żadnych powodów, by dalej ich czytać. Bezpieczeństwo ponad Prawdę, Gramatyka ponad Treść, Zwycięzcy i Luzerzy.”
Aktualnie czytam:
logo