… czyli dwa reportaże i jeden esej z różnych części świata – Sri Lanka, Bliski Wschód, Polska

REKLAMA
Frances Harrison – „Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance”
logo
Pierwsze zdanie: „Tamtego popołudnia nawet pogoda, parna i duszna, robiła złowieszcze wrażenie.”
Sri Lanka? Wyspa, turystyczny raj, piękne plaże, herbata – takie skojarzenia dotyczące tego kraju ma pewnie większość ludzi na świecie. Ale mało kto wie, że przez kilkadziesiąt lat toczyła się tam krwawa wojna domowa, która, nie licząc Iraku, Afganistanu i Darfuru, przyniosła ogromne straty w ludziach. Tytuł reportażu Harrisom nie jest więc przypadkowy - szacunkowe liczby ofiar są bardzo różne, od 40 do nawet ponad 100 tys. Walczyli ze sobą Syngalezi wyznania buddyjskiego, stanowiący większość populacji na wyspie, z będącymi w mniejszości Tamilami (hinduiści).
Autorka nie przedstawia całej historii tego konfliktu - trwał on od 1976 r. kiedy to powstała organizacja Tamilskich Tygrysów - ale skupia się na 2009 r. Wojna osiągnęła wtedy swe apogeum, a „świat patrzył w milczeniu na śmierć wielu tysięcy niewinnych cywilów, przetrzymywanych wbrew ich woli w strefie działań wojennych i zabijanych przez rząd, który twierdził, że chce ich wyzwolić.” Harrison zebrała opowieści zwykłych ludzi, którzy znaleźli się między młotem a kowadłem czyli napierającą armią rządową, traktującą wszystkich przed sobą jako terrorystów, a rebeliantami, wykorzystującymi często cywilów jako żywe tarcze. Znajdziemy tu więc kilka relacji tych, którym udało się przeżyć, m.in. młodego dziennikarza, lekarza, siostry zakonnej czy rebeliantki.
Z ich wspomnień wyłania się przerażający obraz konfliktu, który był ewidentną rzezią ludności cywilnej. Jeden ze świadków tych wydarzeń, doktor Niron, tak mówi o nich autorce: „Prześladują mnie makabryczne wspomnienia z tamtego wybrzeża. Bezgłowe trupy, dzieci z pourywanymi nóżkami.” Przysłowiowe piekło na ziemi.
Paradoksalne jest w tej historii to, że mimo, iż „lankijski rząd wszystkimi sposobami starał się ukryć ludzki koszt wojny dokładnie w tym celu, by nie dopuścić do międzynarodowej interwencji. Z terenu walk wyrzucono organizacje humanitarne i dziennikarzy, ucinając niezależne relacje”, to władze głównych państw na świecie, kręgi dyplomatyczne i ONZ, doskonale zdawały sobie sprawę z tego co się tam dzieje i nie reagowały, bo nie miały w tym żadnego interesu. Ba, gdy na północnym wybrzeżu Sri Lanki trwała regularna eksterminacja ludności, na jej południowych krańcach relaksowali się i opalali turyści z całego świata.
Reportaż napisany jest bardzo rzetelnie, precyzyjnie i tak „na zimno”, bez szczególnego podkręcania emocji. Harrisom przeprowadziła też imponującą kwerendę - w każdym rozdziale poza przejmującymi wspomnieniami znajdziemy mnóstwo szczegółowych informacje dotyczących konfliktu np. ilu zginęło podczas niego dziennikarzy, ile było zaginięć, ataków na szpitale, wdów, kto w co był uzbrojony itd. „Do dziś liczymy zabitych” poza tym, że ujawnia prawdziwe oblicze tej nieznanej wojny i oddaje głos porzuconym i poszkodowanym, to jest również wyraźnym oskarżeniem skierowanym pod adresem organizacji humanitarnych, ONZ i możnych tego świata. Mocna, warta przeczytania rzecz.

Patrick Cockburn – „Państwo Islamskie”
logo
Pierwsze zdanie: „W ciągu zaledwie stu dni lata 2014 r. Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIS – Islamic State of Iraq and Sham/Syria) radykalnie zmieniło sytuację polityczną na Bliskim Wschodzie.”
Dziś, nie umilkły jeszcze echa zamachu w Tunezji, podczas którego na przyhotelowej plaży zginęło kilkudziesięciu turystów z Europy. Kilka czy kilkanaście dni wcześniej serwisy internetowe obiegła informacja o nowych sposobach brutalnego uśmiercania rzekomych szpiegów i zdrajców przez islamistów - topienie w klatce zanurzanej w basenie, strzał z granatnika do więźniów siedzących w samochodzie oraz wysadzanie w powietrze przy pomocy ładunków zawieszanych na szyi. To wszystko czarna robota ISIS, samozwańczego Państwa Islamskiego, które kontroluje spore tereny Iraku i Syrii i szerzy terror na Bliskim Wschodzie. Skąd ono się wzięło, jak powstało i jak się rozwinęło, kto za nim stoi? O tym wszystkim pisze właśnie Patrick Cockburn.
Zacznijmy od tego, że to nie jest reportaż. To coś na kształt eseju, rozprawki, opracowania czy też analizy. Próżno tu szukać jakiegoś wyszukanego, literackiego języka czy też ciekawych zabiegów narracyjnych – to rzecz bliższa typowym informacjom prasowym zmiksowanym z ambitniejszą publicystyką. Trochę jest ten tekst nieskładnie zmontowany, ciut chaotyczny, bo np. nie wystrzegający się powtórzeń. Wygląda to trochę tak, jakby autor chciał na gorąco, a przede wszystkim bardzo szybko z tym tematem się uporać, żeby mu się czasem nie zdezaktualizował. Do tego, biorąc pod uwagę naprawdę ogromną ilość zaserwowanych, szczegółowych informacji, może być to rzecz nieco uciążliwa w lekturze, choć niżej podpisany ją dosłownie połknął. Ma ta książka bowiem jeden niezaprzeczalny i główny atut – jest cholernie ciekawa.
Cockburn wnikliwie pomaga zrozumieć ten cały niezwykle skomplikowany bliskowschodni bałagan. Skąd ta wzajemna nienawiść między szyitami i sunnitami, dlaczego Irak oddał tak wielką część swego terytorium praktycznie bez walki, o co chodzi w wojnie domowej w Syrii, jaki jest w tym wszystkim udział Arabii Saudyjskiej, co na to Zachód i USA, gdzie w tym kotle lokuje się kwestia kurdyjska i co w związku z tym kombinuje sobie Turcja? A do tego jeszcze interesy Iranu, Pakistanu czy Rosji. Ciekawe są również takie analogie, jak ta, że: „Konflikt na Bliskim Wschodzie to współczesny odpowiednik wojny trzydziestoletniej, która toczyła się czterysta lat temu w Niemczech”, a przede wszystkim główna teoria głoszona przez autora iż: „Klęska „wojny z terroryzmem” wynika z tego, że nie objęła ona wszystkich dżihadystów, a najważniejszym błędem było pominięcie Arabii Saudyjskiej oraz Pakistanu, dwóch państw, które czynnie wspierały odrodzenie i rozwój ideologii dżihadu.”
Mimo pewnych niedoróbek i sztywnego języka warto tę książkę przeczytać. Zwłaszcza jeśli ktoś interesuje się Bliskim Wschodem i chce pogłębić swą wiedzę o tym regionie.

Marcin Wójcik – „W rodzinie ojca mego”
logo
Pierwsze zdanie: „Śni się Jadwidze Pani Dama w koszuli jedwabnej – białej, z guzikami przy mankietach, pulchnymi jak pestka czereśni.”
Gdy przeczytałem w zapowiedziach, że to będzie książka o Radiu Maryja, zatarłem z radości swe małe łapki, stwierdzając, iż obowiązkowo muszę ją przeczytać, bo temat przecież bardzo ciekawy. Chciałem poznać jakieś nieznane fakty, tudzież całą tę „machinę” od środka i zrozumieć dogłębnie fenomen zjawiska wykreowanego przez ojca Tadeusza Rydzyka. Niestety, z małymi wyjątkami, podczas lektury tego zbioru reportaży raczej mocno się wynudziłem, nie wzbogacając swej wiedzy o nic szczególnego poza tym, co o rozgłośni z Torunia wiadomo już od dawna.
Wójcik oddaje w tej książce głos zwykłym, szarym ludziom – przeważnie żarliwym słuchaczom i wyznawcom RM. Są wśród nich przeróżne postaci. Od „przeciętnej” niczym szczególnym nie wyróżniającej się pani Jadwigi, poprzez żonobójcę Pawła, po znaną publicznie Krystynę Pawłowicz. Każda z tych osób pozostawia po sobie swego rodzaju świadectwo, z którego płyną mniej więcej tożsame wnioski. Mamy bowiem doczynienia z ludźmi niezrozumiałymi przez świat i nieco oderwanymi od rzeczywistości, którzy odczuwają odrzucenie, samotność, zagubienie, ale przede wszystkim są pełni zaciętości, jakiegoś takiego fanatycznego gniewu i jednocześnie bezwzględnego oddania radiu, ojcu Tadeuszowi i szeroko pojętej Sprawie. Skąd u nich taka a nie inna postawa? Tego nie wiadomo. A to przecież jest w tym wszystkim najciekawsze. I tego mi głównie zabrakło. Konkretnej analizy całości w oparciu o wspomniane przypadki.
Poza tym kilka z tych reportaży znałem już wcześniej z prasy więc ich powtórna lektura nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Po wtóre, teksty nie trzymają równego poziomu - obok tych naprawdę dobrych i zajmujących (np. o studiowaniu na uczelni Rydzyka) znajduje się też kilka słabiutkich (np. o aktorze Jerzym Zelniku) czy też mocno naciąganych (ten o mężu, który zabił żonę chociaż był bardzo religijny i słuchał RM). Po trzecie, choć struktura tej książki wydaje się być przejrzysta (trzy rozdziały Ojciec, Dzieci, Obcy – ostatni niestety, zbyt wybiórczy), to poszczególne teksty niespecjalnie „grały mi” jako jedna spójna całość. Jakby były sklejone na siłę. Czytało się więc to średnio. Dlatego też lektury „W rodzinie ojca mego” szczególnie nie odradzam, ani też nie polecam. Decyzję pozostawiam do rozważenia.
Za to na koniec cytat z zawartych tu również wspomnień księdza Jerzego Galińskiego:
„To właśnie w Braniewie spotkałem Tadzia Rydzyka. Dawałem mu korepetycje z matematyki. Po kilku lekcjach powiedziałem prefektowi, że Rydzyk nie nadaje się na księdza. Nie chodziło mi tylko o to, że w ząb nie umiał liczyć, ale o to, że był niedojrzały, taki dzidziuś, ciepłe kluchy, podlizywał się komu popadnie. Prefekt powiedział, że może i Rydzyk nie jest mądry, ale przynajmniej pobożny, i że księdzu nie jest potrzebna matematyka.”
Aktualnie czytam:
logo