…czyli Nowa Fundlandia wciąga po raz kolejny

REKLAMA
Michael Crummey – „Sweetland”
logo
Pierwsze zdanie: „Usłyszał ich, zanim zobaczył.”
Wiatr Od Morza wydaje raptem kilka książek rocznie, ale od samego początku swej działalności cechuje się wyjątkową, wysoką jakością prezentowanych tytułów i dodatkowo niebywałą skutecznością - zawsze coś z ich oferty trafia do moich podsumowań na najlepsze książki roku. W 2013 r. był to właśnie Michael Crummey i jego fenomenalny „Dostatek”, zaś rok temu oryginalni i zajmujący „Anglicy na pokładzie” Matthew Kneale’a. Nie inaczej będzie również tym razem. „Sweetland” już teraz ma bowiem pewne miejsce w pierwszej 10 najlepszych książek 2015 r. według subiektywnego wyboru niżej podpisanego. Z kolei sam Crummey powoli zaczyna dołączać do grona moich ulubionych pisarzy.
Chyba nikogo, kto czytał którąś z wcześniejszych książek tego autora (poza wspomnianym „Dostatkiem” było jeszcze „Pobojowisko”), nie zdziwi gdy napiszę, iż akcja jego najnowszej powieści toczy się na Nowej Fundlandii. A dokładnie na niewielkiej wyspie Sweetland, w osadzie Chance Cove. Mieszka w niej główny bohater książki, były latarnik i rybak, siedemdziesięciolatek Moses Sweetland.
Oś fabularna całej historii przedstawia się następująco – w Nowej Fundlandii załamała się gospodarka morska. Utrzymujący się z połowów dorszy mieszkańcy osady nie mają więc jakiekolwiek perspektywy poza lichą wegetacją. Tamtejszy rząd ma jednak rozwiązanie – wspomoże każdego z biednych rybaków sowitym zastrzykiem finansowym, jeśli tylko wszyscy (bez wyjątku!) zgodzą się opuścić wyspę i przenieść w dogodniejsze miejsce. Cała społeczność jest za. Poza Mosesem Sweetlandem, którego w związku z tą decyzją czeka ostracyzm i nasilające się z czasem groźby. Co wydarzy się dalej zdradzić nie mogę, bo odbyło by się to ze szkodą dla czytelników i samej książki.
Dlaczego Sweetland nie chce opuścić wyspy? Ma ku temu kilka powodów…
„Popatrzył po wzgórzach wokół zatoki, rozszumianych wodą spływającą z topniejącego na słońcu śniegu. Zawsze uwielbiał ten dźwięk, wyczekiwał na niego każdej wiosny. Gdy go słyszał, nie miał wątpliwości, gdzie jest jego miejsce na ziemi. Zawsze czuł, że to więcej, niż mógłby chcieć – móc budzić się tutaj, patrzeć na te wzgórza. Jakby przed laty został wykonany na miarę zgodnie z precyzyjnymi specyfikacjami wyspy.”
Miłość do tej ziemi to jeden z nich. O pozostałych nie zamierzam pisać żebyście czasem nie mieli wszystkiego podanego jak na tacy.
Napiszę za to, co aż tak podoba mi się w tej książce, że widzę ją w swoim top ten. Po pierwsze uwielbiam historie o outsiderach. Bohaterach, którzy nie tylko stoją samotnie z boku, ale są też postaciami wielowymiarowymi, ze skomplikowaną psychologią, skrywający w sobie jakąś tajemnicę. A jeśli do tego okazuje się jeszcze, że mimo swej niedostępności i szorstkości, są to postaci wewnętrznie mądre i kierujące się szlachetnymi zasadami, to jest już pełnia szczęścia. A takim bohaterem jest właśnie Moses, który co prawda początkowo wkurza i irytuje, by powoli acz systematycznie przekonać do siebie czytelnika.
logo
Michael Crummey Fot. Richard Lautens/Toronto Star
Po drugie doceniam fabuły, które nie są płaskie jak naleśnik tylko niosą ze sobą coś więcej – jakieś inne płaszczyzny, inne wątki, niebanalne problemy, trudne tematy czy sekrety związane nie tylko z bohaterami, ale także z samym miejscem akcji. Jednym słowem gęstą i interesującą problematykę. I to wszystko znajdziecie w „Sweetland”. Do tego również liczne retrospekcje, które powoli tłumaczą zawiłości i nieścisłości pojawiające się na pierwszym planie.
Poza tym jest to rzecz, w której emocje rozpięte są od tragedii i dramatu po coś na kształt komedii. Z jednej strony będziecie więc szczerze poruszeni czy nawet wzruszeni, z drugiej zaś natraficie na momenty charakteryzujące się specyficznym poczuciem humoru. Na przykład kiedy Moses pomagał sąsiadowi odebrać cielaka od brzemiennej krowy i wrócił skonany po „akcji”, cały ubrudzony krwią, śluzem itd., na pytanie co się stało z jego ubraniami odpowiedział:
„Wczoraj przy kolacji zapomniałem wetknąć serwetkę za kołnierz.”
Albo z takimi rubasznymi tekstami:
„Tutaj, odparła Reet, śnieżyca jest jak dymanko. Nigdy nie wiesz, ile potrwa. Ani ile cali ci się trafi.”
Akurat taki rodzaj dowcipu cenię sobie więcej niż bardzo.
Co jeszcze? Galerię absolutnie niesamowitych postaci, prawdziwych i złożonych osobowości o jakie zadbał tu autor. Poza głównym bohaterem Sweetlandem, występują w książce takie fantastyczne indywidua jak chory psychicznie młody chłopak Jesse, będący z Mosesem w bardzo bliskich relacjach, ale także wprowadzający do tej powieści pewien delikatny pierwiastek magiczno-metafizyczny (jest to zresztą jedna z charakterystycznych cech pisarstwa kanadyjskiego autora).
Jest fryzjer Duke, którego zakład nie służy bynajmniej obcinaniu włosów tylko robi za miejsce pogaduszek i plotkowania oraz grania w szachy. Mamy Queenie, która od kilkudziesięciu lat nie wychodzi z domu; niewidomego Pilgrima, totalnie porąbanych braci Priddle lubiący pić, palić marychę i psocić czy wybitnie wkurzającego Mosesa, niejakiego „pieprzonego Lovellesa”, który za młodu wypił bańkę nafty i przeżył. Takie drugoplanowe postaci robią tu niesamowitą robotę.
Ujmuje mnie także, zresztą już po raz kolejny, w jaki sposób Crummey opisuje tamtejsze krajobrazy i przyrodę – niby chłodno, surowo i nieprzystępnie (bo taka jest przecież Nowa Fundlandia), ale także niezwykle urokliwie i z wyczuwalnym szacunkiem. Natura bowiem odgrywa w tej powieści swą niebagatelną rolę, wpływając często bądź warunkując losy bohaterów. Dodaje jeszcze smaczku takimi niesamowitymi scenami jak np. polowanie na bizona, który znajduje się w… opuszczonym domu.
„Sweetland” to również zwyczajnie mądra książka. Dotykająca istotnych spraw. Jak ważne jest przywiązanie do ziemi, tej małej ojczyzny, i jak ważny jest dom oraz więzy rodzinne. W jaki sposób żyje się z poczuciem winy. Czym mogą być dla człowieka niewykorzystane szanse. To w końcu także bardzo celne studium starości i samotności.
I choć jest to napisane dość oszczędnym stylem, z raz na jakiś czas, ale raczej rzadko, pojawiającymi się metaforami czy krótkimi fragmentami lekko poetyckimi, to i tak całość zachwyca bo Crummey pisze prosto, ale też niebywale sugestywnie. Nie mówiąc już nawet o misternie zaplecionej fabule. Facet doskonale zna swój fach i wie co zrobić, żeby wciągnąć czytelnika, wchłonąć go w ten wykreowany, fascynujący świat i nie wypuścić go z niego aż do końca.
Zaprawdę powiadam Wam dajcie mu się złapać a nie będziecie żałować.
Aktualnie czytam:
logo