… czyli wielkomiejska klasa średnia pod lupą

REKLAMA
Marcin Kołodziejczyk – „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich”
logo
Pierwsze zdanie:W październiku oddali nowy blok w Warszawie-Tarchominie; Maciek się wprowadza.”
Zanim skupię się tylko i wyłącznie na „Dysforii” Marcina Kołodziejczyka odrobina refleksji. Już po pierwszym półroczu można z optymizmem stwierdzić, że literatura polska ma się w 2015 r. wyjątkowo dobrze. Zupełnie inaczej niż w ubiegłym, kiedy poza „Beksińskimi” Magdaleny Grzebałkowskiej nie było chyba innej książki, o której dałoby się powiedzieć „wow! to jest coś”. Z tego co pamiętam skompletować 10 najlepszych pozycji na krajowym rynku też nie było tak łatwo. Teraz z ułożeniem podobnej dychy nie będę miał żadnych problemów - chyba, że problem bogactwa, bo przecież zaczęliśmy dopiero drugie półrocze i, jak zakładam, jeszcze kilka dobrych pozycji przed nami.
Co najmniej dobre książki wydali już w tym roku: Filip Zawada „Pod słońce było”, Andrzej Saramonowicz „Chłopcy” i Juliusz Strachota „Relaks amerykański”. Obecnie jestem w trakcie czytania „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego i wszystko wskazuje na to, że to będzie kolejna pozycja, która dołączy do wyżej wymienionego grona. A ze wspomnianej wcześniej najwyższej półki czyli książek, przy których można wykrzyknąć z zachwytem „wow!”, mam już za sobą wyśmienity debiut Weroniki Murek „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”, fantastyczną „Siódemkę” Ziemowita Szczerka oraz fenomenalnego „Okularnika” Katarzyny Bondy. Teraz, z pełną odpowiedzialnością, dopisuję do tej trójki jeszcze Marcina Kołodziejczyka i jego rewelacyjną „Dysforię”.
Dysforia, to jak podaje słownik PWN „objaw zaburzeń psychicznych polegający na reagowaniu rozżaleniem, złością lub agresją na stosunkowo błahe bodźce” czyli przeciwieństwo euforii. Na książkę składa się piętnaście ni to opowiadań, ni to reportaży. Ich tematyka zgodna jest z podtytułem książki – znajdziemy tu bowiem głównie portrety wielkomiejskiej klasy średniej, a dokładnie ludzi aspirujących do bycia przedstawicielami tej grupy społecznej.
Są tu więc pracownicy korporacji, lemingi, „słoiki”, ci wszyscy, którzy postawili na konsumpcyjny styl życia, kredyty, Mordor przy Domaniewskiej i przysłowiowy wyścig szczurów, ale także np. starsze panie, które pamiętają Powstanie Warszawskie czy też przedstawiciele stołecznej żulerki.
Kołodziejczyk przedstawia ich historie, jak choćby tą o Adamie M. budowlańcu wykończeniowym, albo konkretne sytuacje z ich udziałem - np. rozmowy podczas oczekiwania na dzieci w szkole tańca, czy zażywanie relaksu połączone z upijaniem się w parku Skaryszewskim. To co sprawia, że te zwykłe opowieści o typowych przeciętniakach czy też popularne scenki rodzajowe stają się porywającą literaturą to przenikliwe obserwacje, zdolność do wyłapywania prawdziwych perełek z życia codziennego, ale przede wszystkim genialne „ucho” autora i wynikający z tego zmysłu brawurowy język całego zbioru.
Dla przykładu losowo wybrany fragment:
„Natomiast drugi z ojców w szkole tańca, ubrany w dyskontach, po ciemniacku, literalnie na granicy groźby pozwu sądowego o stalking i nękanie wzrokiem, zapatruje się w obnażone bez cienia podtekstu seksualnego, jedynie z powodu upału, uda matki w cygańskiej spódnicy z Egiptu; on tu nie konweniuje, destruuje dyskretny urok burżua. W jakiś sposób, niedefiniowalny, swą milczącą, nachalną prezencją ojciec dyskontowy niweluje kółko z pędzącym koniem na wpadniętych kluczykach. Jego córeczka to ta, której nie błyszczą włosy.”
Albo taki cudny opis:
„Była ciekawej urody, w wieku niezdefiniowanym, po przejściach, które uszlachetniały rysy i wzrok, pewna siebie, oczytana i opanowana, jednak około południa paczyła się przez białe wytrawne i przez retrospekcje z minionego życia intelektualnego, przed erą poprawności politycznej, czyli, zdaje się, z Pasymia.”
logo
Marcin Kołodziejczyk Fot. Radek Polak
Prawie każdy z tych piętnastu tekstów prezentuje inny styl będącym kapitalnym odzwierciedleniem polszczyzny używanej przez bohaterów. Inaczej bowiem rozmawiają wspomniani już „szlachetni beje” z parku, a inaczej pańcie, które nasiąkają tekstami zasysanymi wprost z kolorowych magazynów, portalów internetowych czy telewizji śniadaniowych. Nie mówiąc już o korpoludkach i ich specyficznej, sztucznej nowomowie czy też żargonie opartym np. na częstych zapożyczeniach z języka angielskiego.
Napisane jest to bardzo inteligentnie, przenikliwie, błyskotliwie i efektownie, ale przy tym również mądrze. Kołodziejczyk nie tylko bowiem zwraca uwagę czytelnika na zasadzie – patrzcie jacy jesteśmy, oto przedstawiam wam mentalności Polaków portret własny! Celnie obnaża także miałkość, sztuczność i pewną nieświadomą skłonność do powielania poglądów i sposobów na życie, które stają się niejako z góry obowiązujące w poszczególnych grupach społecznych.
Z jednej strony oryginalny i sarkastyczny język tych reportażo-opowiadań, a z drugiej wielkie pokłady ironii, którą są one podszyte, sprawiają że książkę czyta się z wielką przyjemnością – sam rechotałem przy niej co kilka stron. Jednak równie szybko przychodzi także czas na refleksję. Bo tak jak „Dysforia” jest niezwykle zabawna, tak samo jest i wybitnie gorzka oraz zwyczajne smutna. Obraz tego co zaprząta głowy klasy średniej czyli tytułowych mieszczan, nie przynosi bowiem żadnych powodów do dumy. Raczej może być przyczynkiem do zmartwień dokąd to wszystko dalej zmierza…
A na koniec jeszcze jeden „smaczny” fragment:
"Miał trzydzieści pięć lat. Miał wynajęte mieszkanie, kredyt hipoteczny wzięty na drogi samochód, karty vipowskie na siłownię i do banku. Palił cygara. Potrafił zdominować każde ludzkie skupisko w granicach słyszalności nieuzbrojonego głosu i przez mikrofon. Na potrzeby kontaktów z mężczyznami nieźle orientował się w sporcie i motoryzacji, dla pań miał w zanadrzu zręby psychologii popularnej. Wiarygodnie udawał sfokusowanie na progres firmy. W łóżku rządził. Łeb do wódki miał jak Staropolacy. Tolerował mniejszości etniczne, seksualne i religijne. Starał się wyznawać wszystkie obowiązujące mody społeczne - może oprócz kompulsywnego narciarstwa - bo uważał, że to oznaka otwartości umysłowej. Palono trawę - był przy tym. Wciągano nosem - był dzieckiem epoki wciągania. Wąchano dymek ze sreberek po czekoladzie - wąchał dwa razy, ale bez objawień. Wyznawano terrofeminizm androfobiczny w kawiarniach - na płaszczyźnie werbalnej popierał. Tatuowano się - obecny. Żeniono się prowizorycznie - obecny. Mizoginia porozwodowa przy wódce - jasne. Montowano melodyjne klaksony w autach - miał. Hodowano stada znajomych na Facebooku - hodował jak akwarysta. Biegano - biegał. Chodzono na squasha - miał najdroższy abonament. Nart nie lubił, bo - jak mawiał - źle się czuł w stadzie. Starzano się? Miano wenflony? Bywano śmiesznym? Oto nowość."
Aktualnie czytam:
logo