
… czyli trzech wybitnych pisarzy w trzech oryginalnych odsłonach
REKLAMA
Javier Marias – „Pisane życia”
Pierwsze zdanie: „Mówi pewna oklepana legenda literacka, że William Faulkner napisał powieść „Kiedy umieram” w ciągu sześciu tygodni i w niebywale trudnych warunkach, konkretnie pracując na nocną szychtę w kopalni, układając kartki na odwróconych taczkach i przyświecając sobie wątłym światłem latarki założonej na zakurzony kask.”
Dość nietypowa rzecz w dorobku literackim tego wybitnego hiszpańskiego pisarza. Otóż Marias bierze na warsztat znanych, nieżyjących już pisarzy i pisarki, i w krótkich, błyskotliwych tekstach (esejach?) kreśli ich zajmujące portrety. Czytelnik znajdzie tu więc „mariasowe opowiastki” o takich tuzach pióra jak Faulkner, Joyce, Mann, Turgieniew, Conrad, James, Nabokov czy Rilke. Określenie „opowiastki” nie zostało tu użyte bez kozery. Autor, znany z długaśnych, meandrujących zdań, olśniewającego acz niełatwego w odbiorze stylu, tym razem serwuje lekkie acz niebanalne teksty. Napisane są w sposób bardzo przystępny i wyraźnie różniący się od klasycznych, nudnych, podręcznikowych biografii.
Marias skupia się na przedstawieniu ludzkiej twarzy bogów literackiego Olimpu. Wyciąga z ich życiorysów różne smakowite ciekawostki. I tak dowiemy się np. że autor „Ulissesa” miał bardzo specyficzne podniety seksualne (koprofilia). Henry James „zwykłe pytanie kierowane do służącej układał przez co najmniej trzy minuty, tak był pedantyczny w sprawach języka, ogarniało go przerażenie na myśl o nieprecyzyjności i pomyłce.” A twórca „Pod wulkanem”, Malcolm Lowry (mający łatkę mrocznego alkoholika) „był człowiekiem serdecznym, żartownisiem i przystojniakiem. Wielu homoseksualistów próbowało go uwieść przez całe jego życie.”
Hiszpański pisarz nie stroni więc od małych złośliwości, inteligentnej kpiny i dyskretnej ironii (co da się odczuć zwłaszcza w tekście dotyczącym Tomasza Manna). Cechuje go również duże poczucie humoru, przenikliwość i na wskroś trzeźwe podejście do każdej z podziwianych przez siebie postaci. Marias potrafi się bowiem z tych wszystkich słynnych pisarzy śmiać, dawać im prztyczki, wbijać szpile, ale też nie ukrywa swego uwielbienia do każdego z nich.
Osobną kwestią jest natomiast płynna granica między żelaznymi faktami a fikcją, wynikająca choćby z lekko powieściowego charakteru tych tekstów. Kto Mariasa już zna i czyta, ten wie jak bardzo lubi on mieszać prawdę z fałszem. Wszyscy inni muszą z kolei mieć to na uwadze.
Javier Cercas – „Anatomia chwili”
Pierwsze zdanie: „W połowie marca 2008 roku przeczytałem, że wedle pewnego sondażu opublikowanego w Wielkiej Brytanii jedna czwarta Anglików uważa Winstona Churchilla za postać fikcyjną.”
„Anatomia chwili” to trzecia książka Cercasa wydana w Polsce (o „Żołnierzach spod Salaminy” i „Prędkości światła” rozpływałem się już jakiś czas temu) i póki co jest to rzecz największego kalibru. Autor zajął się bowiem bardzo ważnym wydarzeniem ze współczesnej historii Hiszpanii, określanym jako 23-F. Chodzi o 23 lutego 1981 r. kiedy podczas głosowania nad votum zaufania dla ówczesnego rządu, do parlamentu wkroczyła grupa wojskowych i podjęła próbę zamachu stanu.
„…zamach 23 lutego był zamachem wyłącznie wojskowym, na którego czele stał Armada, uknutym przez samego generała Armadę, generała Milansa i podpułkownika Tejera, zamachem popieranym przez ultraprawicę frankistowską i umożliwionym przez serię manewrów politycznych, poprzez które większość krajowej klasy rządzącej chciała pozbyć się Adolfo Suareza ze stanowiska premiera.”
Na przeszło 400 stronach Cercas w sposób niezwykle drobiazgowy rozkłada na czynniki pierwsze wspomniane manewry polityczne oraz wszystko to, co wiąże się lub mogło się wiązać z tym konkretnym zdarzeniem. Do tego dodaje wnikliwy portret psychologiczny Adolfo Suareza i charakteryzuje trójkę liderów zamachu. Przedstawia także ówczesne tło społeczno-ekonomiczne, ale sięga też głębiej – do wojny domowej i czasów dyktatury Franco. Jakby tego było mało, prezentuje i analizuje również mechanizmy władzy, zakulisowe rozgrywki, spiski i knowania, obala powstałe przy okazji 23-F mity oraz snuje domysły o wydarzeniach, które prawdopodobnie miały miejsce.
Napisane jest to bardzo sprawnie i choć tematyka nie jest łatwa, a całość pełna faktów, nazwisk, dat itd., wydaje się być z jednej strony przeznaczona głównie dla fanów książek historycznych. Z drugiej, chociażby ze względu na wzięcie pod lupę działań wielkiej polityki sprawia wrażenie pozycji o charakterze politologicznym właśnie. A tak naprawdę jest czymś szczególnym powstałym na granicy reportażu historycznego i non-fiction, zmieszanego z esejem i powieścią sensacyjną. Tak czy siak jest to porywająco skonstruowane i czyta się z wielkim zainteresowaniem. Zwłaszcza te fragmenty kiedy Cercas wznosi się na literackie wyżyny interpretując na wielu stronach pewien gest Suareza.
„Jego gest, gdy wstał ze swego miejsca i spróbował podjąć rozmowy z zamachowcami (…) to gest odwagi i elegancji, i buntu, gest teatralny i suwerenny gest wolności i gest pośmiertny, gest człowieka skończonego, który pojmuje politykę jako przygodę i ostatkiem sił stara się zyskać mandat, i zdaje się, że przez chwilę ucieleśnia w całej pełni demokrację, ale także gest władzy. To znaczy: gest siły. To znaczy: gest prawdziwego polityka.”
Pozycja na pewno nie dla wszystkich, napisałbym nawet dla bardziej wyrobionych czytelników o raczej sprecyzowanych gustach i zainteresowaniach, ale ci którzy zdecydują się ją przeczytać, powinni być nią zachwyceni tak jak niżej podpisany.
Julian Barnes – „Wymiary życia”
Pierwsze zdanie: „Łączymy z sobą dwa elementy, które nigdy dotąd nie były połączone.”
Niepozorna książka – mały formaty, 156 stron, całość podzielona na trzy eseje. „Grzech wysokości” dotyczy początków baloniarstwa oraz Feliksa Tournachona zwanego Nadarem - słynnego fotografa, który jako pierwszy zrobił zdjęcie ziemi z lotu ptaka. „W linii prostej” to historia nieszczęśliwej miłości angielskiego kapitana Freda Barnaby do aktorki Sary Bernhardt. Z kolei ostatni esej pt. „Utrata głębi” jest w tym zbiorku tym najistotniejszym. W nim bowiem Barnes przede wszystkim zmaga się ze stratą po śmierci żony, ale także w mistrzowski sposób splata ze sobą, na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasujące do siebie wątki z wcześniejszy tekstów. Ich wspólnym mianownikiem okazuje się być miłość. Niełatwa, bo w ostateczności wiążąca się z bólem:
„Każda opowieść o miłości to potencjalnie opowieść o żalu. Jeśli nie na początku, to później. Jeśli nie dla jednej osoby, to dla drugiej. Czasem dla obu.”
Angielski pisarz w sposób bardzo szczery, momentami wręcz intymny, opowiada o wielkiej miłości do żony i próbach poradzenia sobie z jej śmiercią. Cierpienie jakie odczuwał i samotność, która nagle na niego spadła doprowadziły go do depresji tak głębokiej, że był gotowy popełnić samobójstwo i myślał o tym ostatecznym kroku regularnie. Z czasem zrozumiał jednak: „nie mogę się zabić, bo wtedy zabiłbym też ją.” Barnes doszedł do wniosku, że żona żyje w jego pamięci i gdyby podciął sobie żyły japońskim nożem w wannie pełnej wody (jaki miał plan), ona umarłaby po raz drugi.
Autor absolutnie nie użala się nad sobą, nie upiększa tej historii i nie podkręca sztucznie jej emocjonalnego przekazu. Jest w tych wyznaniach i sposobach na radzenie sobie z żałobą subtelny i autentyczny. Zazwyczaj porywający bogatym i eleganckim stylem, tu staje się pisarzem oszczędnym w słowach i piszącym bardzo prosto.
„Nie wierzę, że ją znów zobaczę. Nie zobaczę, nie usłyszę, nie dotknę, nie obejmę, nie posłucham, nie pośmieję się z nią; nigdy więcej nie będę czekać na odgłos jej kroków, nie uśmiechnę się na dźwięk otwieranych drzwi, nie przycisnę jej ciała do swojego, nie przylgnę ciałem do jej ciała. Nie wierzę też, że spotkamy się kiedyś w jakiejś niematerialnej postaci. Wierzę, że śmierć to śmierć.”
Dlatego też jest w tym żalu oraz uderzającym oddaniu żonie tak przekonywujący, a książka tak piękną i mądrą, choć niebywale smutną. Obowiązkowo!
PS. Pat Kavanagh była partnerką życiową pisarza przez 30 lat. Zmarła na raka mózgu w 37 dni po wykryciu choroby. Barnes pisała o niej: „serce mojego życia, życie mojego serca”.
Aktualnie czytam:
