
… czyli dwa wywiady z różnym skutkiem
REKLAMA
Maleńczuk – „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”
Pierwsze zdanie: „Kiedy był twój pierwszy raz?”
Chaotyczny, bełkotliwy a miejscami nawet żenujący wywiad. Przeprowadzająca go Barbara Burdzy, jak sobie wygooglałem prywatnie kochanka Maleńczuka, nie miała kompletnie żadnego pomysłu na tę rozmowę, poza tym żeby było ostro o nałogach. Tyle tylko, że zamiast szokować, spowiedź ta zwyczajnie nudzi. I nie jest mocna ani zadziorna a tym bardziej soczysta – jak głosił reklamujący ją slogan.
Maleńczuk gada co mu ślina na język przyniesie i poza kilkoma krótkimi, interesującymi fragmentami dotykającymi muzyki (np. wspominki dotyczące nagrywania debiutanckiej płyty Homo Twist czy muzyków takich jak Rafał „Kwasek” Kwaśniewski, Bolec) snuje niekończące się, wtórne historie o tytułowym chlaniu i ćpaniu.
Maleńczuk gada co mu ślina na język przyniesie i poza kilkoma krótkimi, interesującymi fragmentami dotykającymi muzyki (np. wspominki dotyczące nagrywania debiutanckiej płyty Homo Twist czy muzyków takich jak Rafał „Kwasek” Kwaśniewski, Bolec) snuje niekończące się, wtórne historie o tytułowym chlaniu i ćpaniu.
Przy tak barwnym życiu głównego bohatera, jego osobowości kontrowersyjnego outsidera, niewątpliwym talencie muzycznym (myślę tu głównie o płytach Homo Twist i Pudelsów, bo to co Maleńczuk robi od kilku lat chwały mu już nie przynosi) i w pewnym stopniu również literackim (kiedyś bardzo dobre teksty, udane przekłady poezji Emily Dickinson czy poemat „Chamstwo w państwie”) spodziewałem się czegoś więcej, czegoś naprawdę ciekawego na miarę najlepszych wywiadów, jakie przeprowadza z muzykami Rafał Księżyk.
Niestety. Zawiodłem się nie tylko na książce, ale głównie na samym Maleńczuku. Miałem go za inteligentnego gościa, świetnego tekściarza i niezłego muzyka, który w pewnym momencie zbłądził i poszedł w chałtury żeby trzepać kasę. Z przeczytanych rozmów wynika jednak, że to wydmuszka. Nie wiem czy to wpływ wieloletniego nadużywania alko i dragów czym Maleńczuk chełpi się tu co kilka stron, ale facet jest pusty jak bęben. Nie stać go na jakąkolwiek głębszą wypowiedź, refleksję czy choć kilka następujących po sobie mądrych zdań.
Ostatnia rzecz. Dziwię się, że wydawca zdecydował się puścić na rynek takiego bubla, który nie mówiąc już o swojej wątpliwej zawartości merytorycznej, nie został nawet na elementarnym poziomie zredagowany. Porażka.
Andrzej Stasiuk – „Życie to jednak strata jest”
Pierwsze zdanie: „Ale ma pan tu trawę!”
Pisałem tu już kiedyś szerzej o swoim stosunku do prozy i samej postaci Stasiuka, przypomnę jednak jeszcze raz w szybkim skrócie - wielki szacunek i podziw za to co napisał do „Jadąc do Babadag” (ostatnia jego kapitalna książka), później niestety, powielanie ogranych już patentów i idąca za tym zwyczajna nuda. O dziwo, na tle jego ostatnich książek, które systematycznie podobają mi się coraz mniej, rozmowy przeprowadzone z autorem przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” Dorotę Wodecką, odebrałem bardzo pozytywnie.
Owszem, Stasiuk znów się tu powtarza tudzież momentami nie mówi nic odkrywczego, ale na szczęście fragmenty te stanowią jedynie mały wycinek w bardzo dobrej i ciekawej całości. Przede wszystkim dużym atutem tej książki jest fakt, iż obcujemy z rozmową a nie z odpytywaniem. Jeśli pojawiają się jakieś „wycieczki” w stronę prywatności to są bardzo dyskretne. W ogóle nie ma tu chociażby próby schylenia się po jakąś tanią sensację czego nie brakuje u wspomnianego wyżej Maleńczuka. Jest tu za to coś czego w książce dawnego krakowskiego barda nie ma wcale – głębokie refleksje, przemyślane, chwilami błyskotliwe odpowiedzi na interesujące i dociekliwe pytania, słowem partnerska rozmowa o odpowiednim, wysokim ciężarze gatunkowym.
Tematyka jest szeroka: od młodości poprzez religię i Kościół po Holocaust. Od podróżowania, poprzez narodowe kompleksy, po przemijanie i śmierć. Do tego jeszcze antysemityzm, pamięć i jej rola, kobiety, popkultura i co tam jeszcze chcecie. Sądząc po rozpiętości tematycznej wygląda to na rozmowę prowadzoną z mędrcem, który wie wszystko lub co najmniej prawie wszystko. I może nawet troszkę tak jest, ale Stasiuk ma na tyle ciekawe poglądy, i jest w ich przekazywaniu tak autentyczny, że nawet jak się z nimi definitywnie nie zgadzasz, to jesteś w stanie docenić odmienność jego zdania. Tak jak w przypadku jego opinii o reportażach, których nie poważa (bo jak mówi kłamstwo jest przecież ciekawsze od prawdy) i nie uznaje za literaturę – dziwna wypowiedź w ustach współwłaściciela wydawnictwa, które reportaże stoi, prawda? Dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania, bo są przecież reportaże, które biją niektóre powieści na łeb i szyję. Ale taki właśnie jest Stasiuk, przeważnie w kontrze, podążający własnymi ścieżkami, nie oglądający się na innych, mający gdzieś konwenanse, mody czy inne takie.
To co w tej książce podoba mi się najbardziej, to całkiem spore fragmenty o literaturze czy ludziach pióra (Haupt, Płatonow, London, Schulz, Dylan, Wojaczek). Gdy Stasiuk mówi: „Bo taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cię wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić.” A chwilę później dodaje: „Literatura to podnieta dla umysłu, coś w rodzaju wódy, narkotyków, erotyzmu. Ożywia umysł i świat, który czasami jest nieco niezadowalający.” Zapominam wtedy, że lekceważąco wypowiadał się na temat reportażu czy sadził jakieś „michałki” kilka stron wcześniej tylko kupuję go w całości. Warto.
Aktualnie czytam:
