... czyli jak sprzedajemy zmysły

REKLAMA
Konrad Oprzędek – „Polak sprzeda zmysły”
logo
Pierwsze zdanie: „Pamięta, że zalatywał olejem do smażenia.”
Dobre pierwsze zdanie - zapadające w pamięć i równie udane co sam zbiór tych krótkich, esencjonalnych reportaży. Całe clou tej pozycji to sam na nią pomysł, banalnie prosty, a przez to genialny – wziąć pod lupę drobne ogłoszenia zamieszczane w internecie. I pomimo, że został on skopiowany z wydanej w połowie lat 60-tych książki pt. „Trzy złote za słowo”, autorstwa asa polskiego reportażu Krzysztofa Kąkolewskiego, który badał ówczesne ogłoszenia prasowe, to trzeba przyznać, że Oprzędek zrobił sporo żeby go nie położyć.
Z treści wynika, iż facet ma nie tylko nosa do ciekawych tematów i zajmujących ludzkich historii, ale przede wszystkim - reporterskie ucho. Najzwyczajniej w świecie potrafi słuchać ludzi. Sam będąc wręcz przeźroczystym, kompletnie nie narzuca się swoim rozmówcom, tylko delikatnie podsyca ich skrywaną chęć do zwierzeń. Co też równie ważne, nie ocenia ich, a traktuje nawet z pewną sympatią, Bohaterowie zebranych tu tekstów okazują się interesującą grupą reprezentującą polskie społeczeństwo, które najwyraźniej lubi, pod płaszczykiem normalności i przeciętności, skrywać swe często zaskakujące oblicza. A to wszystko dzięki internetowi, który w pewnym stopniu pozwala im zachować anonimowość. I co jeszcze bardziej kuszące – umożliwia stanie się kimś zupełnie innym, by w ten sposób podleczyć choć trochę swoje kompleksy. Powalczyć z szarą codziennością kiepskiego życia. Zagłuszyć swe lęki. Odnaleźć choć chwilowe szczęście. Zdobyć niezależność finansową.
I tak autorowi przytrafia się np. notariusz, który aby zaimponować kobiecie, wciela się w rolę pisarza i cytuje wypowiedzi Andrzeja Stasiuka jako swoje, czy też leciwa już pani udzielająca się, z powodzeniem, na seksczacie - nick „Świeża Jagódka”. Są chętni (mniej lub bardziej zdesperowani) do odsprzedania nerki, starej pralki, koca, który pochodzi z Auschwitz czy też oddania rodzinnego krucyfiksu. Tuż obok nich, dobrze prosperujące panie handlujące noszonymi majtkami i rozwodnioną herbatą imitującą mocz. Poszukiwani są również dawcy spermy.
logo
Konrad Oprzędek Foto: Filip Skrońc
Każdy z tych ludzi, korzystających z „dobrodziejstw” internetu jako narzędzia do zmienienia czegoś w swoim życiu, ma jakiś problem, kompleks, traumę czy też jakąś „prawdę objawioną”, którą decyduje się podzielić z reporterem. Tak jak jeden z bohaterów, który mówi:
„Jak człowiek jest w potrzebie, to ludzie zawsze się wypinają. Bliżsi, dalsi, wszyscy! Moja rodzona siostra też się na mnie wypięła. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli jedno z nas umrze, drugie przyjdzie na jego grób i napierdoli kupę. No, z całym szacunkiem, ale tak wygląda życie i dalsza rozmowa o tym nie ma sensu.”
I choć po książce Oprzędka widać wyraźnie, że jesteśmy cholernie nieszczęśliwym narodem - pełnym samotnych, niepewnych samych siebie ludzi - to mimo tego bolesnego faktu, podanego tu o dziwo z pewnym luzem i zabawny dystansem, warto się nad tymi narodowymi traumami pochylić. Lektura powinna zadziałać oczyszczająco. W końcu pochylimy się też trochę nad samymi sobą.
Aktualnie czytam:
logo