
... czyli jak nie zostawiano śladów
REKLAMA
Cezary Łazarewicz – „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”
Pierwsze zdanie: „Na łóżku leży chłopiec zawinięty w śpiwór.”
Przeglądając jeszcze w ubiegłym roku książkowe zapowiedzi na 2016 r. jakoś od razu podejrzewałem, że ta książka powinna być przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. I nie zawiodłem się. „Żeby nie było śladów” to na pewno jeden z najlepszych reportaży pierwszego półrocza. Ma wszystko czego potrzeba, żeby zasłużyć na to miano. Jego oś stanowi tragiczna, głośna i nie do końca wyjaśniona historia, która została pieczołowicie udokumentowana. Mamy tu podane jak na tacy nie tylko wszystkie jej wątki, ale także interesująco przedstawionych i dogłębnie sportretowanych głównych bohaterów dramatu. Do tego ciekawie oddane tło społeczno-polityczne czyli swoistą kronikę tamtych czasów. A poza tym tekst ten jest bez jakiegokolwiek zarzutu idealnie skonstruowany i poprowadzony.
Dla niezorientowanych w temacie - reportaż dotyczy jednej z trzech najgłośniejszych zbrodni popełnionych w PRL w latach osiemdziesiątych – zabójstwa Grzegorza Przemyka (pozostałe dwie to tajemnicza śmierć Stanisława Pyjasa i zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki). W maju 1983 r., w Warszawie, 19-letni Przemyk razem z kolegami świętował zakończenie matur. Zatrzymano go na Placu Zamkowym i przewieziono na pobliski komisariat policji gdzie z ust jednego z milicjantów padły słowa: „Bijcie tak, żeby nie było śladów”. Skatowany, a nawet zmasakrowany Przemyk zmarł dwa dni później. Jego pogrzeb zgromadził kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ówczesna władza komunistyczna, chcąc zatuszować oczywistą wydawałoby się sprawę, rozkręciła na ogromną skalę kampanię dezinformacyjną, próbując przerzucić odpowiedzialność za śmierć maturzysty na pracowników pogotowia ratunkowego.
Jak wspomina jeden z nich: „Wiedzieli o mnie wszystko. Najdrobniejsze szczegóły z życia: od podstawówki aż do ostatnich dni w pogotowiu. I sączyli we mnie strach kropelka po kropelce. Nie o mnie, ale o rodzinę. Trudno to zrozumieć to komuś, kto tego nie przeżył.”
Rzeczywiście, brudna gra prowadzona przez tamten system - mająca na celu omamienie opinii publicznej, zdyskredytowanie w oczach społeczeństwa pielęgniarzy i uczynienie z nich kozłów ofiarnych - przebiegała z niespotykanym rozmachem i na wielką skalę. Zaangażowano w nią wszystkie możliwe służby, ekspertów i specjalistów z różnych dziedzin, lekarzy itd. Ba, w sprawę żywo zaangażowane były najważniejsze osoby w państwie, z szefem MSW, zmarłym niedawno gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Zacierano ślady, preparowano dowody i ekspertyzy, stosowano zastraszanie i wymuszenia, szczuto i „łamano” ludzi. Wszystko to wiemy z bogatego materiału dowodowego (przeoczonego przez UB), który umiejętnie wplata w narrację Łazarewicz – mamy więc możliwość zapoznana się z fragmentami notatek służbowych, stenogramów podsłuchów, listów, dokumentów z IPN itd.
Ten ogrom pracy wykonanej przez służby i państwową machinę urzędniczą zostaje tu zestawiony ze szczegółowym przedstawieniem drugiej strony dramatu. Przede wszystkim przybliżeniem postaci Grzegorza Przemyka, jego matki, znanej w tamtych czasach poetki Beaty Sadowskiej oraz kilku innych osób wplątanych w tę sprawę. Ze szczególnym wyróżnieniem Cezarego F., który był świadkiem śmiertelnego w skutkach pobicia swojego kolegi.
Całość czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem od mocnego początku (listu matki Przemyka, na który Łazarewicz natknął się chcąc napisać artykuł na rocznicę śmierci Grzegorza), aż po sam koniec - nawet jeśli sporo się już wie na temat całej sprawy. To poruszająca historia bezkarności tamtejszej władzy – w sumie wiadomo przecież kto zabił i jak oraz na czyj rozkaz sprawę skutecznie zatuszowano - ale także wstrząsający obraz samego ustroju, niepokojów i zagrożeń, które niósł za sobą jeszcze nie tak dawno większości Polaków.
Aktualnie czytam:
