
…czyli co czytać jak już się skończy to całe EURO
REKLAMA
Mija właśnie półmetek 2016 r. więc czemu by nie pokusić się o lekkie podsumowanie tego co wpadło w moje ręce od stycznia do tej pory? Może i nie piszę ostatnio zbyt dużo na blogu (obowiązki zawodowe dominują), ale nadal czytam całkiem sporo. Obecnie licznik zatrzymał się na 59 pozycjach i jeżeli tempo nie spadnie to rok 2016 uda się zamknąć co najmniej setką przeczytanych książek. Wiadomo, czytanie to nie zawody, ale takie było założenie na ten rok – osiągnąć setkę (zwłaszcza, że w 2015 r. się nie udało) i do tego z uporem maniaka dążę.
Z tych blisko 60 przeczytanych książek, z których przytłaczającą większość stanowią tegoroczne nowości, wybrałem 11 pozycji, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie ma tu żadnego podziału na gatunki (kryminał, reportaż, powieść) ani na kraj i zagranicę - jak to zwykle robię zamykając rok. Jest za to jeden wspólny „worek”.
A dlaczego 11? To ukłon w stronę piłkarskiego święta jakim niewątpliwie jest EURO 2016, które z pasją podobną do tej książkowej śledzę namiętnie od meczu otwarcia. Co prawda w tej pierwszej jedenastce jeden autor/zawodnik występuje dwa razy, zatem jest trochę nieprzepisowo, ale co zrobić, tak wyszło.
A dlaczego 11? To ukłon w stronę piłkarskiego święta jakim niewątpliwie jest EURO 2016, które z pasją podobną do tej książkowej śledzę namiętnie od meczu otwarcia. Co prawda w tej pierwszej jedenastce jeden autor/zawodnik występuje dwa razy, zatem jest trochę nieprzepisowo, ale co zrobić, tak wyszło.
A oto moje wybory (jak zwykle ułożone alfabetycznie):
Michael Crummey – „Rzeka złodziei” (Wiatr Od Morza)
Crummey stał się już jednym z moich ulubionych pisarzy. I choć ta debiutancka powieść nie należy do jego szczytowych osiągnięć (to miejsce zajmuje „Dostatek”) to i tak trzyma wysoki poziom. „Rzeka złodziei” przenosi nas w drugą dekadę XIX wieku na Nową Fundlandię, gdzie osadnicy rozprawiają się z rdzennymi mieszkańcami wyspy – Beothukami. Opowieść rozwija się wolno i przez dłuższy czas pozornie „nic się nie dzieje”, ale w obliczu perfekcyjnej narracji autora i miejscami poetyckiego obrazowania, nie ma to większego znaczenia, bo nie wiadomo kiedy wpada się w tę historię po same uszy. Jak zwykle świetnie sportretowane pełnokrwiste postaci, zachwycające opisy surowej, niedostępnej przyrody oraz pewna tajemnica, którą odkrywamy stopniowo do samego finału - Crummey potrafi bowiem także mistrzowsko budować napięcie. Jest tu dramat, są mocne uczucia, namiętność, miłość i zemsta. Wszystko tak jak trzeba.
Artur Domosławski – „Wykluczeni” (Wielka Litera)
Domosławski to z kolei jeden z moich ulubionych reporterów. Publikuje raczej rzadko, mniej więcej co trzy lata, ale jeśli już coś napisze, to jest to zwykle rzecz dużego kalibru. Nie inaczej jest tym razem. „Wykluczeni” to reportaże o przegranych ludziach, praktycznie z całego świata. Zepchniętych na margines życia. Często nie znaczących nic. Takich, których można na przykład bezkarnie zabić. Współczesnych niewolników, uchodźców wojennych, bezdomnych, nędzarzy czy dzieci ulicy. Siłą tej książki jest nie tylko przedstawiony, pieczołowicie gromadzony przez lata materiał, ale również jej ciekawa konstrukcja. Autor, raczej krótkie, ale bardzo konkretne i sugestywne reportaże przeplata tekstami będącymi czymś na kształt mini-esejów, w których stara się komentować skomplikowane i bolesne zależności czy procesy występujące w różnych stronach świata. Co najważniejsze, robi to w sposób zajmujący i bardzo przystępny. Doskonała, choć przytłaczająca i smutna rzecz. Trzeba znać.
Daniel Galera – „Broda zalana krwią” (Rebis)
Czasami, choć raczej rzadko, zdarza się tak, że zaczyna się czytać jakąś książkę i już po dwóch, trzech stronach wiadomo, że będzie się miało doczynienia z czymś wyjątkowym. Tak miałem właśnie z powieścią Brazylijczyka Daniela Galery. Tu na samym początku syn spotyka się z ojcem, który informuje, że popełni samobójstwo i jedyne o co prosi, to o to, żeby zaopiekować się jego psem. Przekazuje też dość niejasną historię dziadka, której rozwikłanie stanie się dla syna prawdziwą obsesją. Dodajmy do tego jeszcze fakt, iż ów syn (wielki miłośnik pływania) cierpi na rzadką chorobę – prozopagnozję – nie zapamiętuje i nie odróżnia ludzkich twarzy. Ale to jeszcze nie wszystko, bohater ma dodatkowo złamane serce i skomplikowane relacje z matką oraz bratem. Z tego całego zagmatwania Galera tka z wielkim wyczuciem i fragmentami w sposób niezwykle efektowny, piękną, liryczną powieść o tym co w życiu najważniejsze. Jest tu też trochę odniesień do klasyki literatury np. Borgesa, ale dla mnie bardziej całość kojarzy się z Chilijczykiem Roberto Bolano. Znakomite!
Ryan Gattis – „Miasto Gniewu” (Czarna Owca)
„Miasto gniewu” to udane połączenie non-fiction z fabułą. Ta szokująca i niezwykle brutalna (opisy dla ludzi o mocnych nerwach) książka dotyczy sześciodniowych rozruchów i zamieszek, które wybuchły w kwietniu 1992 r. w Los Angeles. Zginęło podczas nich sześćdziesiąt osób, dwa tysiące czterysta zostało rannych, a blisko jedenaście tysięcy trafiło do aresztu. Straty, które przyniosły głównie podpalenia, również liczone w tysiące, wyniosły miliard dolarów. Gattis przy pomocy kilkunastu równorzędnych bohaterów (członkowie gangów, narkomani, graficiarze, strażacy, pielęgniarki, policjanci) wiernie przedstawia ten totalny dramat, sześciodniowy chaos oraz toczącą się pośrodku niego wojnę wszystkich ze wszystkimi. Napisane jest to tak dynamicznie i tak przekonywująco, że trudno jest się od tej książki oderwać. Poruszające.
Miljenko Jergović – „Drugi pocałunek Gitty Danon” (Biuro Literackie)
Miljenko Jergović - „Wilimowski” (Książkowe Klimaty)
Śmiem twierdzić, że Jergović należy do absolutnej czołówki żyjących pisarzy europejskich, a jednocześnie wydaje mi się, że jest w naszym kraju wciąż zbyt mało znany. Być może sytuację zmieni ta na wskroś egzystencjalna mini-powieść (nieduży format, raptem 170-kilka stron). Po pierwsze jej bohaterami są krakowski profesor i jego chory, umierający syn. Po drugie w pewnym sensie dotyczy polskich powikłanych losów, a jak zapewnia w posłowiu tłumaczka Magdalena Petryńska „Jergović Polskę czuje i rozumie jak mało kto”. Po trzecie w końcu zawiera w sobie fenomenalną, porywającą relację słynnego meczu pomiędzy Polską a Brazylią, z mistrzostw świata w 1938 r., kiedy przegraliśmy po dogrywce 5:6, a Ernest Wilimowski strzelił 4 gole. Nie jest to jednak książka o piłce nożnej. Jergović fantastycznie pisze o skomplikowanych relacjach między ojcem a synem, miłości, cierpieniu, wyobcowaniu, zbliżającej się wojnie, wielkiej nadziei i jednocześnie nieuchronnym końcu. Mała-wielka rzecz. Majstersztyk.
Justyna Kopińska – „Polska odwraca oczy” (Świat Książki)
Nic Pizzolatto – „W drodze nad Morze Żółte” (Marginesy)
Hector Tobar – „Ciemność” (Dowody na Istnienie)
Antti Tuomainen – „Czarne jak moje serce” (Albatros)
Ed Vulliamy – „Wojna umarła niech żyje wojna” (Czarne)
Ławka rezerwowych: Cezary Łazarewicz – „Żeby nie było śladów” (Czarne); James McBride – „Ptak dobrego Boga” (Czarne); Ottessa Moshfegh – „Byłam Eileen” (WAB); Eshkol Nevo – „Samotne miłości” (Muza), Iva Prochazkova – „Mężczyzna na dnie” (Wydawnictwo Afera).
A na sam koniec jeszcze rozczarowania I półrocza:
John Irving – „Aleja tajemnic” (Prószyński i S-ka)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/177475,hit-kit-i-cos-jeszcze
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/177475,hit-kit-i-cos-jeszcze
Peter May – „Wyspa powrotów” (Albatros)
Zaznaczmy od razu, że to nie jest zupełnie zła książka. Ma za to jeden poważny feler. Szkocki autor serwuje tu czytelnikowi dwie zazębiające się w finale opowieści. Jedną dziejącą się współcześnie – tworzy ją naprawdę solidny, rasowy kryminał. Może nie z jakąś specjalnie skomplikowaną zagadką do rozwiązania, ale dobrze poprowadzony i napisany. A także drugą, której akcja toczy się w XIX wieku – i ta cześć fabuły, to już jest niestety lekkie nieporozumienie. Banalna, ckliwa, harlequinowa opowiastka zupełnie nie przystająca do talentu pisarskiego jaki May niewątpliwie posiada.
Hanya Yanagihara – „Małe życie” (WAB)
To też nie jest jakaś dramatycznie zła powieść, ale marketingowy szum, który został wokół niej zrobiony, a zwłaszcza nazywanie jej przez niektórych arcydziełem, nijak nie ma się do tego co w rzeczywistości otrzymujemy. Ta potężna (przeszło 800 stron) rzecz ma dobry początek, taki sobie środek i totalnie rozczarowującą, melodramatyczną końcówkę. Wystarczy napisać, że sam finał trafiłem za pierwszym razem na zasadzie „to już jest tak naiwnie przerysowane i na siłę udramatyzowane, że wcale się nie zdziwię jak jeszcze bohater X…” i dokładnie to, co uznałem za kiepski żart Yanagihara zafundowała głównym postaciom. Cierpienie Jude’a, głównego bohatera „Małego życia”, który bez końca tnie się i okalecza, miast chwytać za gardło, po kilkuset stronach normalnie nuży, a reakcje jego bliskich na tę autodestrukcję zwyczajnie irytują. Poza tym nieustannie wszyscy wszystkich i za wszystko tutaj przepraszają...
Aktualnie czytam:
