Fot: mm

…czyli skomplikowana północna Norwegia, czeska zbrodnia i echa potrójnej katastrofy w Japonii

REKLAMA
Ilona Wiśniewska – „Hen”
logo
Pierwsze zdanie: „Musiało minąć kilka minut, nim Ibert Amunndsen zrozumiał, że to, co widzi, to nie podłoga, tylko sufit.”
Po najbardziej wysuniętym na północ siedlisku ludzkim na świecie czyli Spitsbergenie, który Wiśniewska świetnie opisała w reportażu pt. „Białe”, autorka wzięła się za najbardziej wysunięty na północ skrawek Europy. Finnmark - największy okręg administracyjny w Norwegii. I znów jest to miejsce, w którym pioruńsko zimno, nieprzyjaźnie i wszędzie daleko. Króluje tu stagnacja to i ludzi jest mało. Ponownie przy pomocy charakterystycznej, nieśpiesznej narracji, w sposób niezwykle wyważony i wrażliwy, acz mocno skupiony na temacie, Wiśniewska kreśli wciągający obraz wspomnianego regionu. Tworzy także interesujące portrety socjologiczne jego mieszkańców. Znów daje czytelnikowi nie tylko materiał ciekawy merytorycznie, ale również mocny literacko. To reportaż napisany bardzo dobrym językiem - miejscami lirycznym, chłodnym i czułym zarazem.
Całość można podzielić na trzy zasadnicze części. Pierwszą tworzy w głównej mierze opowieść snuta przez powściągliwego Iberta Amundsena. Najkrócej pisząc - o tym jak się żyje w takim miejscu jak Finnmark. Druga to historia o Saamach, tamtejszej rdzennej społeczności, która, choć poddana przymusowej i brutalnej norwegizacji, zachowała swoją godność i przetrwała mimo lat poniżeń. Ta część reportażu jest najbardziej dramatyczna i przejmująca. Ostatnia z kolei dotyczy zanikania. Autorka opisuje porzucone domy, które zabiera morze, wyludnione miasta i wioski. Pokazuje siłę tamtejszej natury, która powoli acz systematycznie pokonuje człowieka i cywilizację.
„Budynki stojące bliżej brzegu zabierają regularne fale, śliniąc otwory okienne i szczeliny, aż dom odpłynie po cichu, niezauważony przez nikogo. Wszystko, czego nie wzięli ze sobą poprzedni właściciele, będzie się unosiło na powierzchni jak wyspa ze śmieci. Stare zasłony nabiorą wody w żagle, kawałki niechcianej ceramiki rozkruszą się w muszle, a niedoświetlone negatywy będą błyszczeć na wodzie. Po domu zabranym przez morze zostanie kawałek porośniętego glonami fundamentu, widoczny jedynie podczas odpływu.”
Północ w książce Wiśniewskiej to miejsce niedostępne, skomplikowane i przede wszystkim niezwykle wymagające - nie tylko z powodu zmagań z morzem, wiatrem i mrozem. Mimo to po lekturze „Hen” i tak ma się wielką ochotę tam pojechać. To zasługa zarówno tekstu, jak i uzupełniających go pięknych zdjęć.

Roman Cilek – „Ja, Olga Hepnarova”
logo
Pierwsze zdanie: „Nic nie zapowiadało zbliżającej się tragedii.”
10 lipca 1973 roku, czeska Praga. W tłum czekający na przystanku na tramwaj nagle wjeżdża ciężarówka. Rozpędzona taranuje przypadkowych ludzi. Ginie w sumie osiem osób – głównie emerytów. To nie wina kierowcy, który zasłabł, był pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Ani awarii hamulców. Tego strasznego czynu dokonała 22-letnia Olga Hepnarova, która po zatrzymaniu pojazdu spokojnie czekała na milicję.
„- Co konkretnie zamierzała pani zrobić?
- Doprowadzić do śmierci większej ilości osób za pomocą pojazdu mechanicznego.
- Dlaczego pani tego chciała?
- Chciałam wyrównać rachunki ze społeczeństwem, rozważałam to od jakichś 10 lat.”
Hepnarova od razu po zdarzeniu, jak i podczas wielu przesłuchań twierdziła, że celowo wjechała w grupę ludzi, chcąc w ten sposób dokonać zemsty na społeczeństwie, przez które była prześladowana i które jej nienawidziło, dopuszczając się na niej duchowych i fizycznych tortur.
Książka Romana Cilka jest bardzo dokładną relacją śledztwa jakie przeprowadzono w tej sprawie, szukając przede wszystkim motywu działania tej młodej dziewczyny. Autor przedstawił w niej bogaty materiał źródłowy. Przywołuje nie tylko dokumenty milicyjne i sądowe, rozmowy ze świadkami oraz najbliższymi, ekspertyzy medyczne, a także psychologiczne, ale przede wszystkim oddaje również głos samej Hepnarovej. Cytuje jej liczne wypowiedzi z kilku przesłuchań i samego procesu. Przedstawia także korespondencję z jedynym bliskim jej mężczyzną. Udana próba stworzenia dokładnego portretu głównej bohaterki oraz rzetelny opis tego co się wydarzyło przed i po 10 lipca 1973 r., może nie są wolne od komentarzy odautorskich, ale od ocen moralnych na pewno tak.
Te Cilek pozostawia czytelnikowi, dla którego lektura książki to dość wstrząsające doświadczenie. Przede wszystkim dlatego, że w pewnym stopniu zaglądamy w głowę morderczyni. Poznajemy jej mroczny umysł, co jest przerażające i zarazem fascynujące. W dodatku postać Hepnarovej nie jest w tej książce do końca jednoznaczna. To samo dzieje się więc z naszymi emocjami. Owszem, nie da się usprawiedliwiać kogoś, kto zabił osiem niewinnych osób, jednak fakty, które przedstawia Cilek powodują, że zadajemy sobie odwieczne pytania – “co by było gdyby?”. Gdyby Hepnarova miała inne dzieciństwo? Żyła w innych czasach? Gdyby poddano ją leczeniu w odpowiednim momencie? Gdyby znalazła miłość? Gdyby jej proces wyglądał inaczej?
Podczas procesu wykazano, że Olga Hepnarova była „osobowością psychopatyczną z rysami osobowości schizoidalnej, histerycznej i agresywnej, czyli niecierpiąca na żadną chorobę psychiczną” i skazano ją na najwyższy możliwy wymiar kary. Wyrok wykonano 12 marca 1975 roku. Hepnarova była ostatnią kobietą skazaną w Czechach na karę śmierci.
Lektura tej wciągającej książki, okazuje się być, niestety, bardzo na czasie. Nie tylko z powodu nieprawdopodobnego epilogu, który dopisało życie – w 2005 roku niejaki Victor Kalivoda dopuścił się w Czechach trzech morderstw na przypadkowych osobach, a po zatrzymaniu twierdził, że kontynuował misję Hepnarovej, ale także biorąc pod uwagę to co działo się choćby kilka dni temu w Monachium, czy trochę wcześniej w Nicei.
Na koniec jedna drobna uwaga dotycząca tego czego mi zabrakło w tym reportażu. Szkoda, że ówczesne realia komunistycznych Czech nie zostały odmalowane z większą dokładnością. Zabrakło mi społeczno-politycznego tła przedstawionego choćby w taki sposób, w jaki uczyniła to Asne Seierstad w „Jednym z nas”, książce o Breiviku. Tak czy siak - pozycja obowiązkowa.

Katarzyna Boni – „Ganbare! Warsztaty umierania”
logo
Pierwsze zdanie: „W epoce Edo, kiedy Japonia dobrowolnie zamknęła się na świat, uznając, że nie ma on jej nic do zaoferowania, w letnie wieczory grywano w „Sto opowieści grozy”.”
Japonia. Trzęsienie ziemi, gigantyczne tsunami i katastrofa elektrowni jądrowej w Fukushimie. Te trzy dramatyczne wydarzenia z 2011 r. wzięła pod lupę w swoim samodzielny, debiutanckim reportażu Katarzyna Boni (do spółki z Wojciechem Tochmanem napisała wcześniej „Kontener”). Autorka głównie skupia się na tym jak pięć lat później radzą sobie z tymi tragediami ludzie, który je przeżyli. A z jej reportażu wynika, że nie radzą sobie wcale.
Japończycy, którzy w kilka chwil stracili dorobek swojego życia i swoich najbliższych, zostali pozostawieni samym sobie. Mieszkają w tymczasowych (już od kilku lat) „domach zastępczych” – blaszanych kontenerach, w których doświadczają chłodu zimą, a gorąca latem. Nie mają gdzie pracować, bo zakłady i miejsca pracy zabrał ocean, a kredyty przecież trzeba spłacać. Do tego nie śpią a nocami widząc duchy zmarłych.
„Niektórzy wzywają egzorcystów. A inni specjalnie szukają duchów. Jeżdżą o zmroku nad morze, wyczekują na plaży albo tam, gdzie kiedyś stał ich dom. Chcą jeszcze raz zobaczyć ukochanych, których zabrała fala. Nie potrafią zapomnieć.”
I choć chodzą na przygotowywane przez mnichów warsztaty narzekania – podczas których można spróbować wygadać się i zrzucić z siebie codzienny ciężar bólu i cierpienia – dalej czują się źle. Chociaż uczęszczają do tzw. klubów płakania – gdzie wylewając łzy chcą zapomnieć o tym co ich spotkało – dalej nie dają rady. Wciąż nie potrafią poradzić sobie z traumą. Co im więc pozostaje? Tytułowe warsztaty umierania. Zajęcia, na których można nawet wejść do trumny. Poczuć namiastkę tego, jak to będzie po. Przygotować się na śmierć.
Oczywiście są również wyjątki. Ludzie, którzy znajdują często swój indywidualny sposób na radzenie sobie z traumą. Tacy jak Yasuo, który nie mogąc doczekać się odnalezienia ciała żony, nauczył się nurkować i na własną rękę przeczesuje dno zatoki szukając jej szczątków. Bo jak uważa Yasuo:
„Czas wcale nie leczy ran. Sam w sobie nie ma właściwości uzdrawiających. Jedyne, co potrafi, to mijać. To od nas zależy, jak go wykorzystamy.”
Są też ci, którzy wzięli sobie do serca hasło Ganbare! (trzymajcie się! powodzenia!) – ludzie dobrej woli, wolontariusze, psychoterapeuci, mnisi. Wszyscy ci, którzy starają się pomóc w jakikolwiek sposób, dać najmniejsze choć wsparcie, podtrzymać na duchu. Choć w zderzeniu z tym co napotykają sami, też mają dość. Świadczy o tym choćby bardzo szczere wyznanie jednej z psychoterapeutek. Zresztą takich momentów chwytających za gardło jest tu więcej.
To wybitnie smutna książka. Jej lektura jest swego rodzaju „przerabianiem” tej japońskiej traumy. Trzeba też zaznaczyć, że jest to rzecz kapitalnie napisana. Boni idealnie wyczuła granicę tego jak daleko można się posunąć, aby zbytnio nie epatować dramatem i cudzym nieszczęściem. Młoda reporterka oddaje po prostu głos swoim rozmówcom. Nie szarżuje. Jest skupiona i bardzo delikatna. Pisze oszczędnie, celnie i zróżnicowanie. Dobiera różne formy do różnych treści i tematów. Momentami wręcz zaskakuje pewnymi zabiegami literackimi – np. kiedy z polotem opisuje w „Nowym bestiariuszu japońskim” poszczególne izotopy promieniotwórcze czy rodzaje promieniowania.
Czytałem już głosy, że to może być jeden z najlepszych reportaży tego roku. W wypadku "Ganbare!" w zupełności się z nimi zgadzam. Póki co znam tylko jeden napisany lepiej: „Wojna umarła, niech żyje wojna” Eda Vullimy’ego.
Aktualnie czytam:
logo