
… czyli o pięciu krótkich, w większości dobrych książkach
REKLAMA
E.L. Doctorow – „Umysł Andrew”
Pierwsze zdanie: „Mogę ci opowiedzieć o moim przyjacielu Andrew, który jest kognitywistą.”
W ostatniej powieści amerykańskiego pisarza (Doctorow zmarł w 2015 r.) zaglądamy w głąb psychiki tytułowego głównego bohatera, który zawodowo zajmuje się obserwacją i analizą działania zmysłów, mózgu i umysłu. Książka ma formę dialogu terapeuty i pacjenta (Andrew), który, po części opierając się na nauce, przedstawia swoje skomplikowane życie. Z tego chaotycznego strumienia świadomości dowiadujemy się między innymi o bolesnej utracie bliskich, czy drążącym bohatera nieustającym poczuciu winy za nieszczęścia sprowadzane na innych. Jednak to także opowieść o miłości. Ale to co jest w niej najważniejsze, to chęć zgłębienia tego jak faktycznie działa mózg człowieka. Czy rzeczywiście jest tak, że: „Ten przeklęty myślący mózg jest jak więzienie. Mamy w głowach półtorakilogramowe twory, które nas zniewalają.”? Czy mamy jakikolwiek wpływ na podejmowane przez niego decyzje? Czy to co myślimy jest normą, czy może niekoniecznie? Czy narzucony z góry los decyduje już do końca o naszym życiu? Doctorow stara się odpowiedzieć na te i wiele innych dręczących Andrewa pytań i w dużej mierze mu się to udaje. Mimo wykorzystania swobodnego i lekkiego języka książka na pewno nie jest z tych „dla wszystkich”. To gęsta, psychologiczna i mocno egzystencjalna proza, która rozbudza wątpliwości i nie pozostawia obojętnym. Rzecz może niezbyt łatwa w odbiorze, ale na pewno warta przeczytania.
Elizabeth Strout – „Mam na imię Lucy”
Pierwsze zdanie: „Kiedyś, wiele lat temu, zdarzyło się, że musiałam pójść na dziewięć tygodni do szpitala.”
Minimalistyczna powieść Elizabeth Strout to podobnie jak w „Umysł Andrew” w dużej mierze przedstawienie historii życia głównej bohaterki. Autorka skupia się jednak bardziej na tworzeniu od podstaw tożsamości tytułowej Lucy i jej skomplikowanych relacjach z najbliższymi. Zwłaszcza z matką, która przyjeżdża do córki na pięć dni, gdy ta leży w szpitalu. Z ich krótkich, rwanych, fragmentarycznych rozmów dowiadujemy się o trudnym dzieciństwie Lucy. Naznaczyły je nędza, emocjonalny chłód, przemoc, brak zrozumienia i kilka innych traum oraz dramatów. Te co prawda nie wyjdą na jaw, bo gdy główna bohaterka „ciągnie za język” matkę, ta albo zmienia temat albo zwyczajnie milczy. Można się ich jednak domyślać. Podczas tych pięciu dni między kobietami wytworzy się namiastka więzi jakiej brakowało wcześniej. Córka i matka w pewnym stopniu zbliżą się do siebie, choć nie prowadzi to do wzruszającego finału. Ba, nie padają nawet tak pożądane przez Lucy słowa – kocham cię. Poza głównym wątkiem relacji między bohaterkami, jest to także książka o literaturze. Lucy wyrwa się bowiem z traumatycznego domu rodzinnego do innego lepszego świata dzięki stypendium i miłości do książek. W końcu zostaje pisarką. Strout przekonywująco kreśli tu „dojrzewanie” Lucy do tego zawodu. Po powyższym opisie można wnioskować, że to błaha, łzawa i kobieca proza. Jednak zdobywczyni Pulitzera za „Olive Kitteridge” pisze o tym wszystkim w bardzo wyważony, dyskretny i zwyczajnie mądry sposób. Zachwyca także konstrukcją przemyślaną co do najdrobniejszego detalu. Takie pisanie zwykło określać się sformułowaniem mała-wielka proza. Trzeba znać.
Ota Pavel – „Bajka o Raśce i inne reportaże sportowe”
Pierwsze zdanie: „W niewielkim mieście Frenśtat pod Radhośtem, pośród beskidzkich lasów, żył sobie szewc Oldrich Raśka.”
Tego czeskiego pisarza wielbi się w Polsce przede wszystkim za „Śmierć pięknych saren”, ale od teraz, kto wie, może bardziej będziemy go kochać za "Bajkę o Raśce"? Utrzymana właśnie w bajkowym klimacie opowieść o Jirim Raśce, złotym medaliście z Grenoble w skokach narciarskich, jest niczym innym jak po prostu majstersztykiem. Genialnie dopracowana forma z wszystkimi jej niezbędnymi częściami składowymi – fabuła, która wciąga od samego początku, alegoryczność, elementy nadprzyrodzone, żartobliwy charakter i wreszcie morał. Poza tym wielka dbałość o styl, jego lekkość i polot, a także o każde pojedyncze słowo. Wyjątkowo radosny i ciepły charakter całości. Nad tym tekstem można się tylko rozpływać – cudo. A co z pozostałymi reportażami sportowymi? I tu właśnie pojawia się problem, bo teksty o innych czeskich sportowcach (m.in. kolarzu, piłkarzach ręcznych, lotniku, hokeistach) w konfrontacji z pierwszą fenomenalną bajką zwyczajnie nie wyrabiają. Raśka przeskakuje je wszystkie kilkukrotnie. Oczywiście nie są to teksty złe. Realistycznie ukazują sport i jego wartości, zróżnicowanie bohaterów mas, ich słabości, pasję, determinację czy rodzaj specyficznego opętania. U Pavla sportowcy to nie herosi i bogowie tylko zwykli ludzie. Wydaje mi się (jeżeli się mylę uprzejmie proszę o przykłady), że w ogóle nikt inny nie pisał o sporcie w taki sposób jak Pavel. Co nie zmienia faktu, że do fenomenu pierwszego reportażu w zbiorze - pozostałym jest jednak daleko.
Zbigniew Mentzel – „Spadający nóż”
Pierwsze zdanie: „Butelki, w których go sprzedawano, do dzisiaj majaczą mi przed oczami.”
Z wydanym po długiej, jedenastoletniej przerwie „Spadającym nożem” - drugą nieeseistyczną książką Mentzla - mam mały problem. Fragmentami podoba mi się ona bardzo, ale jako całość wprawia mnie w pewne zakłopotanie. Nie bardzo wiem bowiem czemu ta wariacja miała by służyć. Jaki jest jej cel i pomysł nadrzędny? Czy on tu w ogóle jest, czy to tylko literacka zabawa? Okładka książki sugeruje, że to proza autobiograficzna. Z wywiadów, które czytałem z autorem wiem, że niekoniecznie. Sporo tu też konfabulacji, a jedna z najciekawszych postaci, leciwy mistrz krawiecki Józef Kroczek, jest wymyślona. Trochę jest to rzecz o zmaganiu się autora z chorobą – cyklofrenią, zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi, ale także samotnością. Trochę opowieść o giełdzie (tytuł książki pochodzi od maksymy dotyczącej kupowania akcji po zniżkach notowań) i regułach, którymi rządzi się spekulowanie na niej. To wreszcie zlepek wspominek, przemyśleń, cytatów, anegdot (kapitalne zwłaszcza te z Jerzym Pilchem), absurdalnych wydarzeń, dialogów, dygresji psychologicznych, literackich czy historycznych. Zaskakująca, czasem mniej czasem bardziej wciągająca mieszanka, której brak niestety jakiejś spinającej całość klamry.
Patrick Modiano – „Żebyś nie zgubił się w dzielnicy”
Pierwsze zdanie: „Takie nic.”
Przyznaję nie bez wstydu, że to moje pierwsze spotkanie z prozą niedawnego francuskiego noblisty, a z radością, iż bardzo udane. Modiano pisze tak jak lubię najbardziej - z jednej strony niezwykle prosto i oszczędnie, a z drugiej w sposób elegancki, dopieszczony, często nawet poetycki. Głównym bohaterem książki jest pisarz Jean Daragane, który pewnego dnia odbiera telefon z informacją, że ktoś ma jego notes. Znalazcą jest niejaki Ottolini - chce zwrócić zgubę pisarzowi, ale przede wszystkim uzyskać jak najwięcej informacji na temat osoby, której nazwisko widniało w notesie Daragane’a. I tak główny bohater rozpoczyna wędrówkę w głąb swojej pamięci, aby zlepić w całość powracające wspomnienia o traumatycznych wydarzeniach. To rzecz w niewielkiej części bliska ostatniej powieści Doctorowa – tu też mamy do czynienie z próbą zrozumienia funkcjonowania ludzkiego umysłu. W tym konkretnym przypadku badanego przez pryzmat pamięci i wypieranych wspomnień. Niewielka powieść Modiano jest zdecydowanie bardziej przystępna niż „Umysł Andrew”, choć można się czasem pogubić w gąszczu kolejno przywoływanych postaci i nazwisk. Powoduje też pewnego rodzaju podskórne napięcie, bliskie dobrym kryminałom. To również książka ciut w klimacie „Minotaura” Benjamina Tammuza. I choć nie tak genialna jak wspomniany tytuł, to na pewno godna przeczytania. Obok „Mam na imię Lucy” Strout najlepsza pozycja w tej piątce.
Aktualnie czytam:
