
... czyli nowa, zakręcona powieść uznanego kolumbijskiego pisarza
REKLAMA
Jorge Franco – „Dzika bestia”
Pierwsze zdanie – „Prawie nie słychać wiatru, który niczym jedwabisty parasol tłumi nieznośny jazgot zakładów włókienniczych, hut, autobusów, aut, motocykli, a nawet zmęczone dudnienie pociągu, przecinającego Medellin po raz ostatni tego dnia.”
Kilka lat temu czytałem „Rosario Tijeras”, książkę która przyniosła Franco zasłużoną sławę (została nawet sfilmowana). Kolumbijski pisarz w interesujący i oryginalny sposób przedstawił w niej obraz miasta, w którym się urodził, Medellin. Miasta ogarniętego brutalną przemocą, wojną gangów, handlarzy narkotyków i innymi tego typu mrocznymi „rozrywkami”. W „Dzikiej bestii” w pewnym stopniu wraca do tej tematyki, ale prezentowana tu historia jest o wiele bardziej wielowątkowa, zakręcona i szalona. Co ciekawe, pomysł na fabułę zainspirowany został prawdziwymi wydarzeniami.
Pewien bogacz Don Diego zostaje porwany i przetrzymywany przez kilku mężczyzn – na ich czele stoi koleś o ksywie Małpa. Nie wiadomo, który z tych dwóch jegomościów - głównych postaci tej dramatycznej opowieści - jest większym oryginałem. Diego to ekscentryk i germanofil, do szaleństwa zakochany w Ditcie, którą "przywiózł" z Europy do Kolumbii. Miłośnik muzyki operowej. Facet, który kazał wybudować sobie imponujący zamek, otoczony tajemniczym lasem. Z kolei pseudo gangster Małpa (wielki fan poezji) to koleś wciąż mieszkający z zaborczą matką, mający niezależną, ostrą dziewczynę, a odczuwający silny pociąg do wykorzystującego go finansowo młodego chłopaka. Jakby tego było mało jest beznadziejnie zakochany w córce Don Diega, którą kiedyś namiętnie podglądał. Izolda, bo to o niej mowa, jest za to zagubioną i nadwrażliwą dziewczyną, uciekającą od rzeczywistości do przyzamkowego lasu gdzie obcuje z mitycznymi królikami-jednorożcami zwanymi almirajami.
„W lesie włosy Izoldy nabierają kształtu wijącej się w górę spirali – to niestrudzone almiraje splatają jej pukle. Przyozdabiają je lwimi paszczami oraz fioletowymi, żółtymi i białymi fiołkami. Pogodna i ufna dziewczynka z radością pozwala im się czesać, tym ich jednym rogiem. W efekcie włosy Izoldy przypominają kremowy czub włoskiego loda.”
Wszystko to brzmi trochę dziwnie i nieprawdopodobnie. Z jednej strony gęsty czy wręcz lepki i szemrano-niebezpieczny, bo pełen przemocy, klimat stolicy Kolumbii lat 70-tych. Z drugiej baśniowy zamek z uwięzioną w nim księżniczką i z otaczającą go niesamowitą przyrodą rodem z opowieści fantasy, gdzie dochodzi do klimatycznych, onirycznych scen. Do tego jeszcze retrospekcje z Berlina z okresu powojennego, lekkie mroki faszyzmu, historia rozkwitu miłości Diega i Dity czy też pochwała muzyki lat 60-tych z grupą The Beatles na czele. Realizm kontra baśniowość. A całość zanurzona w pełnym szaleństwa sosie brutalno-tarantinowskim.
„Dzika bestia” to przede wszystkim książka o różnych odcieniach miłości – tej namiętnej, wielkiej i prawdziwej czy też obsesyjnej i zaborczej, pełnej fascynacji oraz zachwytów. Ale także tej rodzicielskiej, bezwarunkowej. Tyle tylko, że miłość jest tu nie tylko tragiczna, ale także otoczona z każdej strony przez okrucieństwo i przemoc. Zanurzona po szyję w opętaniu i obłędzie. Na wskroś niebezpieczna. To właśnie ona jest tytułową „dziką bestią”.
Franco napisał książkę, w którą szybko się wsiąka. To zasługa nie tylko zmyślnego i bezkolizyjnego manewrowania wśród tak wielu różnych, na pierwszy rzut oka nieprzystających do siebie tematów, ale także dobrze sportretowanych bohaterów. Diego, Małpa, Izolda, Dita – każda z tych postaci jest na swój sposób pociągająca i ciekawa. Także te drugoplanowe, często ledwie zarysowane są w jakimś tam stopniu zajmujące. Trzeba też dodać, że do samego końca tej opowieści towarzyszy czytelnikowi pewne podskórne napięcie wynikające z wątku kryminalnego. W zasadzie jedno do czego Franco mógłby się bardziej przyłożyć to zakończenie, które pozostawia pewien niedosyt.
Język jakim operuje autor nie jest z gatunku tych olśniewających, ale ma swoje walory. Jest nim na przykład chropowata przystępność czy wykorzystywana raz na jakiś czas lekka poetyckość. Dobrze skonstruowane są także dialogi – wartkie i autentyczne.
Na koniec jedna ważna sprawa – porównywanie Jorge Franco do Gabriela Garcii Marqueza nie ma większego sensu. To jednak inny rodzaj literatury, odmienna tematyka, a realizmu magicznego u autora „Dzikiej bestii” nie jest znowu aż tak wiele.
Dobra to, choć nieco zakręcona rzecz. Na pewno jedna z tych pozycji, które zapamiętam z tego roku szczególnie. Także z powodu udanie zaprojektowanej okładki.
Dobra to, choć nieco zakręcona rzecz. Na pewno jedna z tych pozycji, które zapamiętam z tego roku szczególnie. Także z powodu udanie zaprojektowanej okładki.
Aktualnie czytam:
