... czyli o trzeciej części tetralogii z Saszą Załuską

REKLAMA
Katarzyna Bonda – „Lampiony”
logo
Pierwsze zdanie: „Droga zwężała się i kończyła bramą ze szpikulcami.”
Poprzednią częścią cyklu z Saszą Załuską w roli głównej, byłem zachwycony. Połączenie świetnie skonstruowanej, nie tylko merytorycznie, fabuły kryminalnej, z trudnym i ważnym wątkiem historycznym okazało się strzałem w przysłowiową dychę. Przy recenzowaniu „Okularnika” napisałem, że „to rzecz bliska doskonałości i aż strach pomyśleć, co będzie działo się przy lekturze pozostałych dwóch części tetralogii o Załuskiej, jeśli ten trend utrzyma się dalej.” Niestety, z wielką przykrością muszę stwierdzić, że trend się jednak nie utrzymał.
To wszystko z czego Bonda do tej pory słynęła i co wyróżniało ją od innych twórców literatury kryminalno-sensacyjnej, w „Lampionach” stało się jej przekleństwem. Przyczyna jest prozaiczna, autorka zwyczajnie przedobrzyła. Zacznijmy od jednego z głównych bohaterów tej powieści – miasta Łodzi. Bonda, która znana jest z dokładnego researchu i w „Okularniku” w niezwykle celny sposób sportretowała małomiasteczkowe piekiełko Hajnówki, tu wrzuciła prawdopodobnie wszystko czego dowiedziała się o Łodzi. Od rapera Zeusa po Tuwima, od miejscowych żuli po Davida Lyncha, od „Ziemi Obiecanej” po Fashion Week. Nie pisząc już nawet o historii, drobiazgowej topografii czy używaniu łódzkiego slangu (ten akurat odbieram na plus).
Rozumiem jak ważne jest rzetelne oddawanie realiów i budowanie klimatu opisywanego miejsca, ale przywoływanie tylu, często w ogóle nie potrzebnych faktów, postaci i miejsc odbieram niestety, jako zabieg chybiony, przede wszystkim nieco efekciarski. Może jeszcze na początku spełnia to swoją rolę, w jakiś sposób zaciekawia i intryguje, ale po pewnym czasie zamienia się w lekką farsę. Więcej nie zawsze przecież oznacza lepiej. Nie udało się również autorce, co sądząc z wywiadów było jej założeniem, ukazać tego miasta w innym, lepszym świetle. Łódź nie fascynuje – Łódź odpycha.
Kuleje też rzecz podstawowa czyli fabuła, a tego już wybaczyć nie można. Zwłaszcza takiej specjalistce. Zdecydowanie za dużo w tej historii wszystkiego: wątków, motywów, bohaterów i łączących ich relacji. A to niczemu dobremu nie służy. Raz, że kilka z nich jest po prostu mało istotnych. Dwa - przez to zagmatwanie narracji, mniej więcej od połowy, powieść robi się nie awanturnicza tylko dość chaotyczna. Wygląda to trochę tak jakby Bondę opętała jakaś gigantomania, jakby chciała udowodnić, że jest w stanie nie tylko wymyślić, ale także poupychać w jednej całości pomysły, których starczyłoby na trzy, cztery książki.
logo
Katarzyna Bonda Foto: katarzynabonda.pl
Autorce nie wystarcza podpalacz, wybuchy, czyściciele kamienic… Dodała do tego jeszcze rzekomych arabskich terrorystów, poszukiwaczy skarbów z czasów wojny, oszukiwanych emerytów, knujących prawników i wszelakiej maści przedstawicieli tzw. elementu - od bezdomnych poprzez meneli, aż po dresów. Jest zatem niebywały rozmach, ale cóż z tego, skoro cała ta intryga jest naciągana, mętna i ciut bałaganiarska. Taka klasyczna klęska urodzaju.
Odbija się to brakiem napięcia - straciło na sile „rozchodząc się” po tych wszystkich pączkujących wątkach, ale również na samej Załuskiej – bądź co bądź centralnej postaci całego cyklu. Sasza bowiem, poza kilkoma wyjątkami, głównie znika gdzieś na drugim, trzecim planie wśród istnego mrowia co rusz pojawiających się kolejnych bohaterów. A ponieważ jest ich tak wielu i nieustannie „rotują”, ciężko jest przejąć się ich losami i w jakimś stopniu z nimi zżyć. To też nie robi dobrze całej opowieści, która przez to staje się dość powierzchowna. Jedyny plus to fakt, że ta nieustanna pogoń za czymś co miało być trzymającą w napięciu akcją sprawia, iż„Lampiony” czyta się lekko i szybko. Niestety, na koniec zostaje się z niemałym czytelniczym rozczarowaniem.
Cóż, najwyraźniej najjaśniejsze gwiazdy krajowej sceny literacko-kryminalnej muszą przynajmniej raz „zboczyć z kursu” i popełnić pozycje delikatnie pisząc błahe – patrz Zygmunt Miłoszewski i jego „Bezcenny”.
Bonda określa „Lampiony” mianem swojej najbardziej zwariowanej powieści i prosi czytelników, w odautorskiej nocie zamieszczonej pod koniec książki, o to by nie brać tego wszystkiego co opisuje całkiem serio. W nawiązaniu do tego apelu też pozwolę sobie wystąpić z małym wnioskiem formalnym – w ostatnim tomie tetralogii prosimy już traktować nas poważnie i broń Boże nie wariować. Pożegnajmy się z Saszą w dobrym stylu. Jestem więcej niż pewien, że Panią na to stać. Trzymam kciuki i czekam niecierpliwie.
Aktualnie czytam:
logo