… czyli finisz podsumowań

REKLAMA
Przy montowaniu składu tego zestawienia o dziwo nie miałem większego problemu. Finałową dziesiątkę wybrałem wręcz za pierwszym przyłożeniem i w zasadzie tylko jedna książka wypadła z niej kosztem esejów Wallace’a, które niedawno skończyłem czytać. Drobna rozterka przytrafiła się za to w wypadku Elizabeth Strout. Otóż długo nie mogłem się zdecydować, którą jej książkę tu zamieścić. Bardzo podobały mi się bowiem obie wydane w tym roku – zarówno „Mam na imię Lucy” jak i „Bracia Burgess”. W końcu stanęło na „Lucy”, ale pamiętajcie, że „Bracia” też są świetni. Co prawda nieco inni, ale równie udani.
Trzeba Wam również wiedzieć, że blisko finałowej dychy były trzy pozycje: „Wilimowski” Miljenko Jergovicia, „Akuszerka” Katji Kettu i „Rzeka złodziei” Michaela Crummeya. Poza tym, choć jestem już przy lekturze 111 książki w tym roku, wciąż nie przeczytałem jeszcze takich pozycji jak choćby: „Krótka historia siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa, „Tak się złe zaczyna” Javiera Mariasa, „Żywopłotu” Dorit Rabinyan czy „Krwi i burzy” Hamptona Sidesa.
Przypomnę na koniec, iż w zestawieniu znajdują się książki autorów zagranicznych, które miały swoje polskie premiery w mijającym roku, i że jest to oczywiście podsumowanie na wskroś subiektywne. Dziesiątka najlepszych wygląda w tym roku tak (kolejność alfabetyczna):
logo
Foto: mm

Javier Cercas – „Oszust”
Noir Sur Blanc, przełożyła Ewa Zaleska, 410 str.
logo
Daniel Galera – „Broda zalana krwią”
Dom Wydawniczy Rebis, przełożył Wojciech Charchalis, 383 str.
logo
Dawid Grosman – „Wchodzi koń do baru”
Świat Książki, przełożyła Regina Gromacka, 238 str.
logo
Imre Kertész – „Ostatnia gospoda. Zapiski”
Wydawnictwo WAB, przełożyła Kinga Piotrkowiak-Junkiert, 318 str.
logo
Pierwsze zdanie: „Świt. Widmowość świata i ludzi”.
Ostatnia książka węgierskiego pisarza to przejmująco smutna rzecz. Intymne, miejscami nawet trywialne zapiski autora, który cierpi z powodu choroby żony (nowotwór) i swojej (Parkinson), a także bezsenności oraz starości. Kertész wie, że niebawem umrze, ale nie potrafi przestać pisać. Robi to także po to, żeby się nie zabić. A tu jeszcze przyznają mu nagrodę Nobla, która przynosi co prawda splendor, chwałę czy liczne zaproszenia na odczyty, ale tak naprawdę nie daje autorowi większej radości. Cieniem na ten laur kładzie się fakt, iż w rodzimym kraju jest on mocno krytykowany za swoją twórczość i antywęgierskość. Bywa tam też ofiarą antysemityzmu. Te zapiski to taki emocjonalny miks codziennej udręki, istotnych dla pisarza problemów (np. dotyczących gasnącego libido) czy wielu cennych obserwacji, z dominującym tematem rozliczenia i podsumowania własnej twórczości literackiej. To właśnie literatura i sam akt pisania jest tym co cieszy Kertésza do samego końca. Depresyjna acz piękna książka.
Philipp Meyer – „Syn”
Czwarta Strona, przełożył Jędrzej Polak, 606 str.
logo
Pierwsze zdanie: „Wieszczono, że dożyję setki, a osiągnąwszy ten wiek, nie mam prawa wątpić w przepowiednię”.
Rzeczywiście jest to epicka powieść co się zowie i to nie tylko ze względu na objętość. Meyer prezentuje tu historię teksańskiego rodu McCulloughów, opisując jego losy na przestrzeni ponad 150 lat. Narratorami są przedstawiciele trzech pokoleń: nestor familii Eli (zwany Pułkownikiem) - za młodu porwany przez Komanczów, jego syn Peter – odstający mocno od reszty rodziny i Jeanne, która dorobiła się fortuny na wydobyciu ropy naftowej. Najciekawiej wypadają historie Pułkownika i Jeanne. Pierwszy przedstawia fascynującą, choć niezwykle brutalną (rzezie, pogromy, krwawe porachunki) i pełną detali, relację z pobytu wśród Indian. Jeanne nieustannie snuje reminiscencje, dzięki którym dowiadujemy się jak ta silna kobieta przejęła stery w rodzinie. Z kolei relacja Petera, prezentowana w formie dziennika, trochę odstaje od dwóch pozostałych. Wypełniają ją wyrzuty sumienia narratora co do całej idei i bezwzględnego sposobu „działalności” rodziny, a także historia zakazanej miłości. „Syn” nie dotyczy jednak wyłącznie McCulloughów. To także opowieść o tym jak powstawała Ameryka. Jak tępiono Indian i Meksykanów. Jak upadały i rosły fortuny. I jeszcze o wielu innych kwestiach. Meyer co prawda nie jest pisarzem tej klasy co przywoływany na okładce Cormac McCarthy, ale nie można mu odmówić tego, że napisał dobrą i mocną powieść, którą czyta się z wielką przyjemnością.
Zachar Prilepin – „Klasztor”
Czwarta Strona, przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk, 656 str.
logo
Pierwsze zdanie: „Il fait froid aujourd’hui”.
Ten kontrowersyjny (m.in. działacz partii Narodowo-Bolszewickiej) i lubujący się w skandalach rosyjski pisarz, znany już w Polsce od lat, napisał swą, jak dotychczas, najlepszą książkę. Dodam, że opartą na faktach. Podobnie jak we wspomnianym wcześniej „Synu” mamy tu przede wszystkim epicki rozmach, ale poza tym, spokojnie wytrzymujące porównania, nawiązania do klasyki tzw. wielkich rosyjskich powieści, od Sołżenicyna (tematyka) po Dostojewskiego (klimat). Prilepin przenosi nas do pierwszego sowieckiego obozu pracy przymusowej położonego na Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym. Głównym bohaterem tej tragicznej i mrocznej historii czyniąc skazanego za zabicie ojca Artioma Gorianowa. Kogóż tu poza nim nie ma? Są bolszewicy, czekiści, kryminaliści, czerwonoarmiści, intelektualiści, chłopi, Czeczeni, popi a nawet aktorzy. Wszyscy walczą o przetrwanie w tym piekle na ziemi, zmagając się z zimnem, głodem czy narastającym bestialstwem. Oprócz łagrowej codzienności mamy tu również burzliwą miłość oraz trafnie oddanego ducha rosyjskiego społeczeństwa i mechanizmy nim rządzące. Przede wszystkim jest to jednak opowieść o mrocznej stronie człowieka i upadku człowieczeństwa. Fabuła poprowadzona jest w sposób wprost imponujący. A, choć tematyka jest z kolei wymagająca i do najprzyjemniejszych nie należy, "Klasztor" czytało mi się paradoksalnie lekko. Znakomita powieść!
George Saunders – „10 grudnia. Opowiadania”
Wydawnictwo WAB, przełożył Michał Kłobukowski, 314 str.
logo
Elizabeth Strout – „Mam na imię Lucy”
Wielka Litera, przełożył Bohdan Maliborski, 203 str.
logo
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/187985,cegly-na-bok

Martin Vopěnka – „Podróżowanie z Beniaminem”

Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, przełożyła Elżbieta Zimna, 268 str.
logo
David Foster Wallace – „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”
Wydawnictwo WAB, przełożyła Jolanta Kozak, 476 str.
logo
Pierwsze zdanie: „Kiedy opuściłem swoją zapyziałą mieścinę na terenach rolniczych Illinois, aby wstąpić na Alma Mater mojego taty wśród groźnie najeżonych gór Berkshire w zachodnim Massachusetts, ni stąd, ni zowąd dostałem hopla na punkcie matematyki”.
Przyznam na początek, że pierwsza książka Wallace’a wydana w Polsce („Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi”) kompletnie mi nie podeszła i do jego zbioru esejów oraz rozważań podchodziłem z dużą rezerwą. Jednak już od pierwszego tekstu w tym tomie wsiąknąłem weń totalnie. „Rzekomo fajna rzecz” została przede wszystkim napisana lżejszym i bardziej przystępnym stylem niż „Krótkie wywiady”. Nie jest tak nadęta i skomplikowana. Te błyskotliwe teksty czyta się wybornie, bo Wallace jawi się w nich jako erudyta, autor niezwykle spostrzegawczy i wnikliwy, a także posiadający fantastyczne, ironiczne poczucie humoru. Do tego potrafiący łączyć w jedną zajmującą całość tematy pozornie do siebie nie pasujące, jak choćby matematykę, tenisa i rozważania na temat pogody we „Wtórnym sporcie w alei Tornada”. W ogóle rozstrzał tematyczny tego zbioru jest oszałamiający - od kapitalnego, zabawnego quasi-reportażu z rejsu luksusowym statkiem po Karaibach, poprzez relację z Targów Stanowych Illinois (genialna rzecz o cierpieniu zwierząt i ludzi) czy ostry tekst dotyczący amerykańskiej telewizji, aż po prześmiewczy portret artysty i krytykę jego twórczości (David Lynch). Prawdziwa intelektualna uczta.
Aktualnie czytam:
logo