Urok negocjowania w Unii Europejskiej polega między innymi na tym, że w konkretnych sprawach sojusze można skutecznie zawierać nawet z tymi krajami, które - słusznie bądź nie - mają przypiętą łatkę "państw forsujących interesy sprzeczne z naszymi"
REKLAMA
Cudzysłów daję nieprzypadkowo, bo taka opinia częstokroć okazuje się nie do końca nieprawdziwa.
Przykład z ostatnich dni: teoretycznie, Polsce powinno być nie po drodze z jednym z państw, które w toczących się obecnie negocjacjach budżetowych konsekwentnie stawia na obronę Wspólnej Polityki Rolnej, a w mniejszym stopniu zdaje się dbać o fundusze przeznaczone na politykę spójności.
Tymczasem właśnie podjęliśmy decyzję, że przyłączamy się do inicjatywy zgłoszonej przez to państwo, broniącej kluczowego elementu polityki spójności. Chodzi o możliwość udzielania wsparcia (np. w postaci dotacji unijnych) dla dużych przedsiębiorstw, które działają w regionach rozwiniętych, tj. takich, w których PKB per capita przekracza 75 proc. unijnej średniej.
Komisja Europejska chciałaby, żeby w takich regionach (zwanych w unijnej nomenklaturze „regionami „c”) w ogóle nie można było wspierać z kasy publicznej.
Z polskiej perspektywy to byłoby jednak fatalne rozwiązanie, bo już w niedalekiej przyszłości co najmniej jeden polski region – Mazowsze – znajdzie się w tej kategorii. Mazowsze to nie tylko Warszawa, która swoim dynamicznym rozwojem zmienia statystyki w skali całego województwa. Mazowsze to przecież także Radom, to także powiat ostrołęcki albo miński. I w ich przypadku możliwość przyciągania dużych inwestorów za pomocą wsparcia publicznego powinna być zachowana.
Inicjatywa w/w wspomnianego dużego państwa unijnego (notabene jednego z państw założycielskich wspólnoty), spada nam jak z nieba. Bo jest duża szansa, że ona przeważy szalę, przełamie opór Komisji Europejskiej. Z korzyścią dla Polski. A przecież wielu publicystów, ba, wielu polityków zwykło wskazywać na to konkretne państwo jako nieomal naszego wroga w negocjacjach.
Po co o tym piszę? Żeby dać do zrozumienia, że w budżetowych negocjacjach nic nie jest takie proste, nic nie jest czarno – białe. Formułowanie mocnych sądów bez wchodzenia w niuanse często okazuje się być poważnym błędem. Zbyt poważnym, by można było sobie pozwolić na jego popełnienia w poważnych tekstach publicystycznych.
Przykład z ostatnich dni: teoretycznie, Polsce powinno być nie po drodze z jednym z państw, które w toczących się obecnie negocjacjach budżetowych konsekwentnie stawia na obronę Wspólnej Polityki Rolnej, a w mniejszym stopniu zdaje się dbać o fundusze przeznaczone na politykę spójności.
Tymczasem właśnie podjęliśmy decyzję, że przyłączamy się do inicjatywy zgłoszonej przez to państwo, broniącej kluczowego elementu polityki spójności. Chodzi o możliwość udzielania wsparcia (np. w postaci dotacji unijnych) dla dużych przedsiębiorstw, które działają w regionach rozwiniętych, tj. takich, w których PKB per capita przekracza 75 proc. unijnej średniej.
Komisja Europejska chciałaby, żeby w takich regionach (zwanych w unijnej nomenklaturze „regionami „c”) w ogóle nie można było wspierać z kasy publicznej.
Z polskiej perspektywy to byłoby jednak fatalne rozwiązanie, bo już w niedalekiej przyszłości co najmniej jeden polski region – Mazowsze – znajdzie się w tej kategorii. Mazowsze to nie tylko Warszawa, która swoim dynamicznym rozwojem zmienia statystyki w skali całego województwa. Mazowsze to przecież także Radom, to także powiat ostrołęcki albo miński. I w ich przypadku możliwość przyciągania dużych inwestorów za pomocą wsparcia publicznego powinna być zachowana.
Inicjatywa w/w wspomnianego dużego państwa unijnego (notabene jednego z państw założycielskich wspólnoty), spada nam jak z nieba. Bo jest duża szansa, że ona przeważy szalę, przełamie opór Komisji Europejskiej. Z korzyścią dla Polski. A przecież wielu publicystów, ba, wielu polityków zwykło wskazywać na to konkretne państwo jako nieomal naszego wroga w negocjacjach.
Po co o tym piszę? Żeby dać do zrozumienia, że w budżetowych negocjacjach nic nie jest takie proste, nic nie jest czarno – białe. Formułowanie mocnych sądów bez wchodzenia w niuanse często okazuje się być poważnym błędem. Zbyt poważnym, by można było sobie pozwolić na jego popełnienia w poważnych tekstach publicystycznych.
