Musimy uświadomić sobie konieczności wykroczenia poza egoizm pokolenia i jednostki, który za tym postępuje – a do tego potrzebne jest rozpoznanie fundamentalnych wartości.
Musimy uświadomić sobie konieczności wykroczenia poza egoizm pokolenia i jednostki, który za tym postępuje – a do tego potrzebne jest rozpoznanie fundamentalnych wartości.

Rozmowa z Bronisławem Wildsteinem, pisarzem, publicystą i komentatorem tygodnika „W sieci”

REKLAMA
Jaką wartość mają dziś wartości?
Dobro – wolę używać tego słowa niż kojarzących się ze sferą ekonomii „wartości” – jest pojęciem fundamentalnym, nadającym sens naszemu życiu. Ze swej definicji więc wartości zawsze mają, jak tautologicznie by to nie brzmiało, wartość najwyższą. Dlatego nie można mówić o ich dewaluacji, choć w powszechnym dyskursie używa się, niesłusznie, tego terminu. Nie przeczę przy tym, że ich społeczny wyraz ulega przemianom.
Nie można mówić o wartościach wspólnych dla grupy, kultury czy cywilizacji?

Tak głosi jedna z teorii – o grupowym intersubiektywizmie wartości, ale dla mnie jednak to zbyt daleko posunięty relatywizm. Gdyby wartości miały charakter wyłącznie środowiskowy, znaczyłoby to, że ich nie ma. Dobro jest obiektywne i zasadniczo znaczy dla nas to samo, co najwyżej w różnych czasach i miejscach nieco inaczej je rozumiemy i do czego innego jako jego uprawomocnienia się odwołujemy. Weźmy trend sekularyzacji – kiedyś było oczywiste, że punktem odniesieniem dla wartości jest transcendencja, wymiar boski, wykraczający poza naszą doczesność. To uległo zmianie, ale nie oznacza ona, że zanikł w nas głód dobra czy wartości. Inna sprawa, że łatwo się na ich temat nie potrafimy dziś porozumieć. Ale nawet nasze spory wskazują na potrzebę jakiejś obiektywnej miary. Jeśli spieramy się, czym jest dobro, oznacza to, że wspólnie się do tej idei odwołujemy, chociaż nie wszyscy jednakowo ją rozumiemy.
Dobro znaczy dla nas to samo, czyli co?

Pojmowanie dobra łączy wspólnotę, która nie istnieje bez spajających ją wartości. Nie chodzi o jednolitość poglądów, ale pewien fundament, wspólny język, dzięki któremu możemy w ogóle rozmawiać.
Trudno zresztą oddzielić dobro wspólnoty od dobra jednostki. W obiegowej opinii dominuje dziś pogląd, że jesteśmy – mamy prawo być – samoistnymi monadami, które mają żyć według swoich zasad. To nonsens. Człowiek nie jest samotny. Samotny może być, jak mówił Artystoteles, Bóg lub zwierzę. A człowiek aspirując do boskości, dziwnie stacza się w zwierzęcość.
Dlaczego warto rozmawiać o wartościach?
Bo, choć oczywiste, przestały takimi być. Mówienie o oczywistych prawdach wywołuje zdziwienie, a nierzadko bulwersuje. Pomieszały nam się języki. A jeśli mamy być wspólnotą, musimy mieć wspólne wartości. Można sobie w skrajnej wersji wyobrazić społeczeństwo czy - nie lubimy tego słowa, bo jest za bardzo zobowiązujące – naród, którego członkowie traktują państwo i siebie nawzajem na zasadzie kontraktu. Jesteśmy, bo nam tu dobrze, ale jeśli przestanie, to się wypiszemy. Taka formuła wiąże się z zerowym zaufaniem do siebie nawzajem, każdy szczegół relacji, każde zobowiązanie musiałoby mieć postać pisemną. Obserwowana w Polsce erozja prawa właśnie z tego się bierze się właśnie z tego, że tracimy wspólny fundament, na wszystko musimy mieć „podkładkę”.

Brak zaufania jest znakiem naszych czasów?
Już twórcy socjologii – Durkheim, Weber i wielu innych – mówili o kryzysie nowoczesności. W tradycyjnych społeczeństwach ramy funkcjonowania danej wspólnoty są określone, nikomu nie przychodzi do głowy, że można być poza nimi. Gwałtowna zmiana, jaką jest wolność, otwiera nowe perspektywy przed jednostką, ale ma też drugą, ciemną stronę: anomię i rozpad więzi. Człowiek jest stworzony do życia we wspólnocie, bez niej się zatraca. Słyszeliśmy już wielokrotnie o śmierci narodów – Unia Europejska miała tylko przyspieszyć ten proces. Dziś widać, że pogłoski o tej śmierci były zdecydowanie przedwczesne.
Naród jest najszerszą możliwą wspólnotą losu, z którą możemy się identyfikować. Po upadku komunizmu zaczęły pojawiać się głosy, że musimy uwolnić się od tradycji. To nieporozumienie, w dodatku bardzo niebezpieczne, bo niszczy istniejące więzy, nie dając nic w zamian. Musimy odbudować poczucie narodowej wspólnoty i głębokiej lojalności wobec niej.
Wolność indywidualną uważamy za wielkie osiągnięcie – i hojnie z niej korzystamy. To źle?

To historyczne osiągnięcie, ale i zagrożenie, mogące mieć destrukcyjny wpływ na społeczeństwo. Dlatego nie podzielam zachwytów nad tym, że mamy „emancypować” człowieka od kolejnych kulturowych uwarunkowań. To przypomina konsekwentne obieranie cebuli, które wiadomo, jak się kończy…

Czy państwo powinno „mieszać się” do wartości?
Państwo jest emanacją wspólnoty, a więc jednym z jego zadań jest troska o wartości, stanowiące fundament tej wspólnoty. Państwo musi opierać się na porządku aksjologicznym, który determinuje, czego uczą się nasze dzieci, jak nazywamy ulice, komu budujemy pomniki.
Na pytanie w oparciu o co państwo dokonuje wyborów, najczęściej pada odpowiedź: o pragmatykę, o nasz wspólny interes. Ale czym on jest? Długofalowym działaniem na rzecz przyszłych pokoleń czy dbaniem o tych, co są tu i teraz? Przechylenie w tę drugą stroną – a z takim mamy do czynienia – implikuje pękanie wspólnoty. Musimy uświadomić sobie konieczności wykroczenia poza egoizm pokolenia i jednostki, który za tym postępuje – a do tego potrzebne jest rozpoznanie fundamentalnych wartości.
***
Autor jest pisarzem, publicystą i komentatorem tygodnika „W sieci”. Panelista X Kongresu Obywatelskiego.
Zapraszamy do rejestracji!