Tomasz Dąbrowski, młody polski kompozytor i trębacz jazzowy po wielu latach kształcenia w Danii, a także nagrywaniu w Stanach Zjednoczonych, powrócił do kraju - pisałem jakiś czas temu na moim blogu. Przyjechał z głową pełną pomysłów i potrzebą odnalezienia własnego miejsca, aby w spokoju realizować swoje projekty. Fakt, że znowu pojechał do Danii, gdzie nagrał najnowszą płytę, oznacza, że nie potrafi się odnaleźć w polskiej rzeczywistości? A może nadal jest tam po prostu bardziej doceniany.

REKLAMA
I choć powyższe zastanowienie wydaje mi się naprawdę warte rozważenia, nie zamierzam poświęcać temu ani chwili dłużej, uznając, że czas najlepiej weryfikuje nasze poglądy i spostrzeżenia, a najważniejsza w tym wszystkimi pozostaje i tak muzyka. No właśnie...
logo
Najpierw się zastanowiłem, czy bardziej doceniam osobowość Tomasza Dąbrowskiego, idącego własną drogą, nie ulegającego jakimkolwiek wpływom, czy bardziej podziwiam jego kreatywność, dzięki której nabierają nowego znaczenia jakiekolwiek podziały oraz zapożyczenia w muzyce, którą tworzy.
Potem przypominałem sobie poprzednie dokonania tego artysty, dające obraz trębacza naprawdę charakterystycznego i niezwykle świadomego w swoich artystycznych poszukiwaniach, aby w końcu ze spokojem zacząć słuchać jego najnowszej płyty, całkowicie poddając się klimatowi kolejnych utworów.
Najkrócej mówiąc, nowa muzyka Tomasza Dąbrowskiego obezwładnia. Chwilami rozczula obrazami, innym razem przenosi do zupełnie innego świata. Miałem nieodparte wrażenie, jakby poznawane miejsca były na wyciągnięcie naszej ręki, jedynie wcześniej nie mogliśmy ich dostrzec w wyniku niedoskonałości, bądź braku odpowiedniej perspektywy.
To muzyka wykraczająca poza ramy samej improwizacji. Nie zgodzę się również ze zdaniem, że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z awangardą jazzową. Przyjmując, że pojawiają się tutaj elementami muzyki klasycznej, nie widzę większego uzasadnienia, by muzykę z płyty "Six Months & Ten Drops" nazywać mianem współczesnej kameralistyki. Tak naprawdę każdy z tych elementów ma tutaj swoje znaczenie.
Na pewno podstawą jest improwizacja. Jednak biorąc pod uwagę, jak perfekcyjnie Tomasz Dąbrowski określa kierunek, w którym podąża zespół, nie ma mowy o nadmiernym eksperymentowaniu. Improwizacja spełnia rolę swoistego rodzaju łącznika, staje się czasami dopowiedzeniem, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że w niektórych przypadkach swoistego rodzaju tłem, ukazującym, jak wielką przestrzeń zapełniają muzycy swoim graniem.
Zespół Free 4 Arts tworzą: Tomasz Dąbrowski - trumpet, mutes, Sven Dam Meinild -baritone sax, Jacob Anderskov - piano, Kasper Tom - drums.
Znakomity skład, pełen równie wielkich osobowości. Ale ich wielkość polega przede wszystkim na podporządkowaniu się koncepcji Tomasza Dąbrowskiego, który niezaprzeczalnie szczegółowo zaplanował swój album.
Osobowość i kreatywność - jeszcze jeden dowód, że jedno bez drugiego nie znaczy tyle samo.
Urzekającą ciekawostką jest brak konrabasu w składzie zespołu. Jego partie wykonuje saksofon barytonowy, albo zastępuje go perkusja. I proszę mi wierzyć, ani przez chwilę nie odczuwa się potrzeby, by się pojawił.
Być może również z tego powodu się wydaje - choć nie mam takiej pewności - że płyta brzmi bardzo stonowanie, wręcz kameralnie. Przyznam, że fascynuje mnie ten efekt, biorąc pod uwagę wspomnianą, niezmierzoną przestrzeń, w której poruszają się muzycy zespołu Free 4 Arts.
Najciekawsze, że Tomasz Dąbrowski ewidentnie łagodzi swoją muzykę. Być może stara się ułatwić dotarcie do niej osobom, które nie miały dotychczas doświadczeń z muzyką improwizowaną, albo rzeczywiście łagodnieje w wyniku dojrzewania - ale to rozważanie pozostawiam z tych samych powodów, co poprzednie, od którego rozpoczynałem.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?