
To nie Warszawa, w Lipowie jest „bezpiecznie” W małym i cichym Lipowie, gdzie spokój przerywany jest jedynie kolejnymi morderstwami, których jest zdumiewająco dużo, jak na liczbę mieszkańców, nadszedł czas świąteczny. Jednakże nawet na Boże Narodzenie musi ktoś umrzeć we wsi.
REKLAMA
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem w Lipowie nastał chaos. W przeciągu jednego tygodnia wydarzeń nałożyło się na siebie tyle, że można by tym obdarzyć kilka okolicznych wsi. Wyjeżdża Weronika, pozostawiając swojego partnera Daniela Podgórskiego samego na święta, a na dodatek w dość trudnym położeniu. Oto z więzienia wychodzi Tytus Weiss, który piętnaście lat wcześniej został skazany za podpalenie domu, w którym tragiczną śmiercią zginął ojciec Daniela. Emocje we wsi sięgają zenitu i wydaje się, że społeczeństwo gotowe jest na lincz. A gdyby czytelnikowi było jeszcze mało, do Lipowa zjeżdżają goście – naukowiec, policjantka mająca w przeszłości związek z Podgórskim oraz rodzeństwo ze Szwecji. Tylko czekać na morderstwo.
Jeśli ktoś się spodziewał jednego zabójstwa, będzie rozczarowany. Trup ścieli się gęsto, co tylko nasuwa myśli, jak wobec tego wyglądają statystyki przyrostu naturalnego dla Lipowa. Z pewnością imponująco. Niestety morderca już tak porywający nie jest. W przypadku każdego kryminału czytelnik przez całą powieść snuje przypuszczenia, co do zabójcy, a gdy autor jest dobry w swym rzemiośle, to tożsamość jest nieznana aż do ujawnienia go przez pisarza. I choć w „Trzydziestej pierwszej” wręcz niemożliwe pozostaje odkrycie mordercy, to wyjaśnienie dlaczego to robi, jest nieprzekonujące. I nierealne.
Zdumiała mnie niekonsekwencja autorki. Dwóch czy trzech bohaterów jest przypomnianych tylko, gdy są potrzebni – miła Weroniko, nie jesteś póki co ważna dla fabuły. Zatem o miłości młodszego aspiranta Daniela Podgórskiego praktycznie nie ma mowy. Co tym dziwniejsze, że w końcu staje oko w oko ze swoją wcześniejszą dziewczyną, a współpraca z nią powinna chociaż nasunąć myśli o wybrance.
Dodatkowo również bohaterowie są skonstruowani nielogicznie. Motywacji Emilii Strzałkowskiej czy Urszuli Weiss, które jedno twierdzą, a coś innego robią do końca pozostają dla mnie niezrozumiałe. Wątpliwości pogłębiają również po kolei wszyscy mieszkańcy Lipowa, bo szybko w powieści robi się chaos, gdy każdy robi co mu się żywnie podoba. Co oczywiście prowadzi do tragicznych i komicznych sytuacji.
Zdecydowanym atutem „Trzydziestej pierwszej” jest wątek pożaru sprzed piętnastu laty. Opisy oczyma bohaterów tamtych wydarzeń niejednokrotnie są lepsze aniżeli śledztwo prowadzone we współczesnych czasach. Szkoda jedynie że poświęcono im tak mało miejsca. Także wątek Tytusa Weissa jest ciekawy i chociażby dla momentów jego resocjalizacji warto zerknąć do powieści.
Katarzyna Puzyńska po sukcesie „Motylka” i „Więcej czerwieni” została obwołana polską Camillą Läckberg i, o zgrozo, Agathą Chrisite. Nie dopatrzyłam się uzasadnień dla tych zaszczytnych dla autorki porównań. Owszem, cała trójka pań posiada lekkie pióro i widać, że z łatwością przelewają swoje słowa na kartki. Gdzieniegdzie nawet styl pisania jest podobny, ale z przewagą dla Läckberg i Christie, gdyż powieści Katarzyny Puzyńskiej pod wieloma względami wydają się niedopracowane. Autorka z potencjałem, może z kolejną powieścią będzie lepiej? Może, ale trzeba poczekać na „Z jednym wyjątkiem”.
Marta Kraszewska
