
Plotka rozpowszechniana przez media może wyrządzić wiele zła, zwłaszcza kiedy rozpowszechniana jest przez kogoś, kto uznany został za moralny autorytet.
REKLAMA
Javier Mallarino osiągnął już chyba wszystko. Satyryk publikujący kilkadziesiąt lat rysunkowe komentarze aktualności politycznych dostał właśnie prestiżową nagrodę państwową. Jego twarz ozdobił znaczek pocztowy. Jest na ustach wszystkich ludzi i zbiera owoce swojej długoletniej pracy. Czegóż może chcieć więcej mężczyzna w jego wieku? Może tylko rozliczenia z samym sobą, albowiem w przeszłości Mallarino był epizod niezbyt dla niego chwalebny. Prawdopodobnie Javier Mallarino nigdy by nie zastanawiał się nad samym sobą, gdyby nie rozmowa, jaką przeprowadził z pewną młodą blogerką. W czasie rozmowy okazało się, że mają oni wspólną przeszłość. To z kolei kazało naszemu bohaterowi cofnąć się pamięci do czasów, kiedy rozstał się ze swoją żoną.
Pechem Mallarino było to, iż urodził się i żył w Kolumbii, kraju, gdzie ostrze satyry bywa często tępione brutalną siłą. Kiedy nasz bohater komentował swymi rysunkami afery związane z wojskim, pod jego adresem zaczęto kierować pogróżki. Pogróżki takie bywają dla satyryka komplementem. W Ameryce Południowej oznaczają one, iż ich adresat jest pełnoprawnym przeciwnikiem. Kto bowiem groziłby komuś nic nie znaczącemu? Sam Mallarino przeszedłby nad nimi do porządku dziennego, gdyby nie reakcja jego żony. Jej przypadku podziw dla tego co czynił Mallarino, zamienił się w strach. To z kolei oznaczało koniec ich związku. Bowiem mężczyzna może żyć z kobietą, która go nie kocha, lub go zdradza, nie sposób jednak żyć z kobietą, która straciła dla niego podziw i uznanie.
W tym właśni okresie nasz bohater styka się z politykiem, którego od lat wielokrotnie atakował. Jego przeciwnik okazał się w rozmowie kimś godnym wręcz pogardy, człowiekiem bez kręgosłupa, płaszczącym się typem. Do kogoś takiego nie sposób odnieść się z szacunkiem. Mallarino żałuje tego spotkania, zwłaszcza, że krótko po nim polityk ten został oskarżony przez jednego z gości naszego rysownika o czyn pedofilski. Nazajutrz Mallarino publikuje rysunek, który staje się gwoździem do trumny politycznej swojego przeciwnika. Nie trudno się domyślić, że blogerka, z którą rozmawia nasz bohater miała być ofiarą polityka. Teraz, po latach Mallarino zaczyna mieć wątpliwości, czy faktycznie doszło do aktu pedofilii…
Czytając Reputacje zaczynamy się zastanawiać nad potęgą prasy. Vasquez uświadomił mi, że znienawidzone przeze mnie określenie, prasa opiniotwórcza jest prawdziwe. To my, czytelnicy kreujemy dziennikarzy na ludzi, którzy mówią nam, co my, zwykli ludzie mamy myśleć. A my im wierzymy, gdyż często mówią nam to, co chcemy usłyszeć, zwłaszcza jeśli mówią nam coś o polityku, którego ni darzymy sympatią. I taka jest rzeczywistość. Moi znajomi o poglądach czysto lewicowych piali peany nad chamskimi atakami prawicy na urzędującego premiera i prezydenta, tym samym windując pod niebiosa media politycznie im obce, zgodnie z fałszywie rozumianą teorią wspólnego wroga. Podobnie jest z plotką. Rzucona w internecie zaczyna żyć własnym życiem, a wielokrotnie powtarzana na różnych stronach staje się prawdą i dowodem dla samej siebie. A tymczasem, z drugiej strony mamy czyjeś złamane życie, zniszczoną reputację i szczęście rodzinne. Czy da się to odkręcić? Vasquez nie pozostawia wątpliwości. Naprawa zła po latach jest niemożliwa nie tylko z tego powodu, że odgrzebywanie sprawy jątrzyłoby świeżo zabliźnione rany. Ważniejszym, z nieco cynicznego punktu widzenia jest to, że oszczerca przyznający się do swej przewiny traci nimb moralnego autorytetu stając się tym samym wrogiem publicznym numer jeden.
Juan Gabriel Vasquez został podobno uznany za następcę Gabriela Garcii Marqueza. Nie widzę wprawdzie między ich pisarstwem większego podobieństwa, jednak Reputacje pozwalają mi przypuszczać, że o tym pisarzu usłyszymy jeszcze nie raz, z pewnością jeszcze wielokrotnie dostarczy nam literackich doznań, a jego książki będą w nas żyć długo po zakończeniu lektury. Przyznam, że dawno żaden z pisarzy nie wbił mnie w fotel i nie zmusił do lektury i wielu refleksji na temat otaczającej mnie rzeczywistości.
