
Przed rokiem kibicując kijowskiemu Majdanowi wyrażałem obawy, że społeczeństwo ukraińskie pójdzie w stronę nacjonalizmu. Obawy moje potwierdzały banderowskie flagi i okrzyki „Sława Ukrainie-herojam sława”. Dziś, po lekturze książki Igora T. Miecika, obawy moje wzrosły. Boję się bowiem Ukrainy nacjonalistycznej i jako wnuk Polaka z Wołynia, który uciekał przez banderowcami, mam do tego prawo.
REKLAMA
Sezon na słoneczniki jest zapisem ważeń z podróży Miecika na Ukrainę, podróży do miejsc, w których przebywał jako dziecko i nastolatek, do miejsc, w którym chciał odnaleźć rodzinę matki. Podróż ta była bogata w spotkania z ludźmi, zarówno tymi zaangażowanymi w Majdan, jak i ich przeciwnikami. Ludźmi zaangażowanymi w konflikt, jak i tymi, którzy po prostu chcieli spokojnie żyć.
Rok po ucieczce Janukowycza możemy powiedzieć jedno- Majdan przegrał. Nie ma spokojnej Ukrainy, członka Unii Europejskiej, na Ukrainie pozostali oligarchowie, a matactw wyborczych nie jest w stanie wyeliminować nawet obecność obserwatorów OBWE. Jednocześnie Ukraina zmaga się z problemami wewnętrznymi oraz obroną nienaruszalności granic. Wydawać by się mogło, że w obliczu zagrożenia niepodległości wszystkie spory powinny zostać odsunięte na bok. Czy tak jednak jest w rzeczywistości?
Igor T. Miecik miał szczęście. Spotkany w Warszawie aktywista Majdanu zaopatrzył go w kontakty, pozwalające na swobodne dotarcie do ludzi, do których raczej trudno by było dotrzeć niezależnym w przekazie dziennikarzom. Jurij Szuhewycz, nestor ukraińskiego nacjonalizmu, oraz młodsi jego uczniowie, z którymi Autor spotkał się w lwowskiej Kryiwce, restauracji urządzonej na modłę bunkra UPA, to tylko jego niektórzy rozmówcy, do których skierował go przypadkowo poznany Ukrainiec. Jednakże właśnie rozmowy z nimi zrobiły na mnie spore wrażenie, na tyle duże, że postanowiłem skoncentrować się właśnie na tych rozmowach.
Rozmówcy Miecika starają się wszystkich uspokoić. Sentyment do UPA tłumaczony jest przez nich brakiem pozytywnych bohaterów w historii kraju. Tym argumentem mam być przekonany do tego, że niczym zdrożnym jest wielbienie Bandery. Czyżby w historii Ukrainy nie było atamana Petlury? Przekonuje się nas również, że toast „na pohybel Lachom, Moskalom i Żydom” jest tak naprawdę żartem. Doprawdy dziwne mają nasi sąsiedzi poczucie humoru. Z tymi słowami bowiem szły całe ukraińskie wsie uzbrojone w siekiery, młotki i kosy, by palić, mordować i rabować „lackie majno”. Z tymi słowami szedł pewien „mołojec”, który z dumą notował jakich Lachów, gdzie i w jaki sposób pozbawił życia. Chciał udokumentować swoje zasługi dla niepodległości, której zagrażały kobiety po połogu i niemowlęta. Historii podobnych temu jest wiele. Biedny to i żałosny naród, który ucieka się do gloryfikacji bandytów.
Posmutniałem więc czytając te rozmowy. Okazało się bowiem, że miałem rację. Ukraiński nacjonalizm kwitnie i kwitnąć będzie. Im dłużej trwać będzie wojna na Ukrainie, tym idee nacjonalistyczne będą coraz bardziej popularne, aż zdobędą one posłuch wśród najmłodszych. A takiej Ukrainy, Ukrainy nacjonalistycznej, boję się i mam do tego prawo. Być może ktoś mi powie, że „na pohybel” nie musi dziś oznaczać „smert”, droga jednak do zrównoważenia tych słów jest krótka, a od słów do czynów można przejść bardzo szybko.
I nigdy, nawet największa niechęć do Rosji, nie pozwoli zapomnieć mi o pomordowanych na Wołyniu.
