
Kair, rok 1941. Do bram Egiptu zbliża się Africa Korps Erwina Rommla. Na miasto spadają pierwsze bomby. Część Egipcjan cieszy się z rychłego przepędzenia Anglików, pozostali boją się, że do tego czasu zginą w trakcie jednego z bombardowań. Najbezpieczniejsze wydają się dzielnice położone w sąsiedztwie słynnych meczetów. Do jednej z takich dzielnic przeprowadza się rodzina Achmada Akifa.
REKLAMA
Chan al-Chalili to jedna z najstarszych dzielnic Kairu. Inny świat, jak zauważył główny bohater książki, znacząco różniący się od reszty miasta. Sklepy, kawiarnie, palarnie fajek wodnych sąsiadują z meczetem Al-Husajna i uniwersytetem Al-Azhar. Nie sposób znaleźć w Polsce miejsca, które byłoby podobne do tej dzielnicy. To jeden z symboli Egiptu sięgający XIV wieku, miejsce tak święte, że nawet naziści liczący na pomoc w przepędzeniu Brytyjczyków wzdragali się przed jego zniszczeniem.
Ahmad Akif miał życiowego pecha. Po przymusowym przejściu na emeryturę przez jego ojca, to na Achmadzie spoczął obowiązek utrzymania rodziny. Z tego powodu Achmad nie zdobył dyplomu ukończenia studiów i nie założył rodziny. Czterdziestoletni kawaler w świecie arabskim to starzec. Starzec mieszkający z rodzicami i kiepsko zarabiający nie jest dobrym materiałem na męża. Achmad zdawał sobie z tego sprawę i każdego dnia gorzkniał coraz bardziej.
Taki początek książki nie zachęca do dalszej lektury. Książka taka wydaje się być kolejnym orientalnym romansidłem, czytadłem, które nie wywołuje głębszych przemyśleń. Jest jednak coś w prozie Mahfuza, co każe czytać dalej. Tym czymś jest sposób narracji, oszczędny w słowach, wyciskający z nich maksimum treści. Wydaje się, że Autor ponownie wynalazł mowę, by dzięki niej pokazać swe uczucia. Dlatego też spokojnie wczytujemy się w obyczajowość dzielnicy, gdzie handel, rozrywka, nauka i religia żyje w swoistej symbiozie.
Przeprowadzki mają to do siebie, że przy ich okazji można przemeblować swoje życie. I to nowe otwarcie stało się udziałem Achmada. Nowe towarzystwo, nowi sąsiedzi, zauroczenie młodziutką sąsiadką. Wszystko to zmusiło Achmada do większej dbałości o swój wygląd. I wydawało by się, że nasz przymusowy kawaler idzie drogą prowadzącą do ustatkowania się, gdyby nie powrót młodszego brata naszego bohatera.
Nadżib Mahfuz napisał książkę ponad kulturową. Los Achmada mógłby przypaść jakiemuś Staszkowi z warszawskiego Targówka lub Pragi. Dlaczego więc mamy czytać akurat prozę Mahfuza? Przede wszystkim przykuwa nas oszczędny język jakim posługuje się Autor. W książce nie znajdziemy żadnej zbędnej sceny, żadnego bohatera, bez którego akcja mogłaby się toczyć dalej. Chan al-Chalili przypomina pod tym względem dobrze wyregulowany szwajcarski zegarek. Ta książka czyta się sama, my tylko siedzimy i przewracamy kolejne kartki, które przenoszą nas do Kairu.
Zaręczam, że w tę podróż można zawsze wrócić. Wystarczy sięgnąć po jakąkolwiek książkę Mahfuza.
