
Ginie szwedzki sprzedawca dywanów, Carl-Ivar Olsson. Co prawda nie w rodzinnym miasteczku Oskarshamn, a w Stambule. To rozpoczyna splot nieszczęśliwych wypadków, wywracających życie oskarhamnczyków.
REKLAMA
Morderstwo zmusza komisarza Claesa Claessona do wyjazdu do Turcji, by rozwikłać zagadkę. Nie jest to łatwa wyprawa, bowiem trudno mu zostawić w Szwecji nowonarodzoną córeczkę Norę i żonę Veronikę. A im dalej śledztwo przebiega, to do coraz dziwniejszych wniosków – i trochę absurdalnych - dochodzi Claes.
Karin Wahlberg to szwedzka autorka mająca na koncie siedem powieści z cyklu o komisarzu Claesie Claessonie i lekarce Veronice Lundborg – m.in. „Dziewczynkę z majowymi kwiatkami”, „Szpital” czy „Zastygłe życie”. Nauczycielka i położnik-ginekolog. Jest osobą szeroko wykształconą – ukończyła filozofię, skandynawistykę (historię literatury i języki nordyckie), religioznawstwo i medycynę. Można zatem stwierdzić, że się zna. I rzeczywiście – część związana ze szpitalem nie budzi zastrzeżeń. Tak samo cały wątek o dywanach. Reszta – trochę.
Jest to powieść nieco przydługa. Część wątków bez szkody dla fabuły można by wyciąć – a dzięki temu zabiegowi szansa, że czytelnik pogubi się w natłoku zdarzeń i bohaterów, byłaby mniejsza. Mniej więcej połowę książki miałam ochotę potraktować nożyczkami. Rozumiem dlaczego tak sporo miejsca poświęcone jest Veronice Lundborg – w końcu jest jedną z dwóch bohaterów cyklu Wahlberg – jednak do „Śmierci sprzedawcy dywanów” nie wnosi za wiele i staje się przerywnikiem pomiędzy kolejnymi etapami śledztwa.
Problemem jest zatem mnogość bohaterów. Owszem – świetnym pomysłem było pokazanie mieszkańców Oskarhamn, tych wszystkich intryg i tajemnic. Tak samo – ukazanie pracy w szpitalu – w końcu trzech bohaterów drugo- i trzecioplanowych tam pracuje. Tylko czy było aż tak koniecznie poświęcanie jednej, de facto, nic nie wnoszącej do powieści postaci kilku rozdziałów?
Jako że śledztwo prowadzone jest przez Szwedów i Turków, ich komunikacja przebiega po angielsku. Niby nic dziwnego – znak czasu, wejścia w nową epokę – tyle, że autorka nieco to skomplikowała. Zazwyczaj w takim przypadku zapisuje się całą rozmowę normalnie i tylko dodaje się, że posługiwali się angielskim czy też innym językiem . Można też – to na przykład widać w powieściach Puzyńskiej - dialog przedstawić w języku, którego używają i dodać przypisy. Tymczasem co robi Wahlberg? Ano zapisuje rozmowę normalnie i tylko wtrąca słówka angielskie. Co jest jak najbardziej nielogiczne. Bo choć wtrącanie obcych wyrazów do zdania jest zwyczajem powszechnym, to są to wtręty na przykład we szwedzkim.
Proza Karin Wahlberg porównywana jest do powieści Agathy Christie. Coś w tym jest. Opisywane jest całe miasteczko, z ich tajemnicami. Bez krwawych opisów (poza jednym wyjątkiem), ze smakiem. Tyle że Christie potrafiła zawrzeć ten cały urok nie rozpisując się za nadto. Tymczasem Wahlberg tworzy gigantyczne tomiszcza, aby ukazać to, co Agatha Christie. Można uznać, że Karin Wahlberg pretenduje do miana szwedzkiej Agathy Christie. Może kiedyś rzeczywiście jej się uda?
Marta Kraszewska
