Katarzyna Bonda
Okularnik
Katarzyna Bonda Okularnik Wydawnictwo Muza

Hajnówka. Miasteczko, gdzie można się spodziewać praktycznie wszystkiego. Dlatego mieszkańców nie dziwią już doniesienia o kolejnych zaginięciach młodych dziewcząt, odnalezionych czaszkach i ciał bez właścicieli czy kolejnych spięciach na linii narodowcy-białoruska mniejszość narodowa. O dziwo, pewien popłoch wzbudza pojawienie się nieznajomej i wścibskiej profilerki. A raczej, zdarzeń, które towarzyszą jej gdziekolwiek się uda.

REKLAMA
Sasza Załuska jest kobietą skomplikowaną. Jej kroki są niezrozumiałe nie tylko dla jej osób mniej lub bardziej jej bliskich, ale również dla niej samej. Mimo że cieszy się sławą dobrej profilerki – a przynajmniej w tych kręgach, gdzie jej nazwisko nie jest tajemnicą – nie daje sobie rady w kontaktach międzyludzkich. Praktycznie każda ważniejsza rozmowa podczas której próbuje coś uzyskać, kończy się prawie kompletnym wywiedzeniem w pole Saszy.
Zadanie Saszy jest pozornie proste. Zamierzała pojechać do Hajnówki, załatwić osobiste sprawy i wrócić do swego życia. Tyle że nie wszystko idzie po jej myśli. A w zasadzie – nic. Kolejne osoby odmawiają współpracy, jest świadkiem uprowadzenia młodej dziewczyny, wreszcie - trafia do sali przesłuchań częściej niżby chciała…
Nazwisko Katarzyny Bondy od dłuższego czasu przebija się w mediach, a jej proza stawiana jest koło Miłoszewskiego czy Puzyńskiej. Teoretycznie jej sygnatura powinna sama w sobie być marką – dla niektórych już jest – w końcu Bonda w zaskakująco krótkim czasie podbiła polski rynek, zdobywając listy bestsellerów. O kolejnych książkach jest głośno i powoli wstydem jest Bondy nie znać. Tyle, że podobnie jak z Sapkowskim, Bondę się albo kocha albo wręcz przeciwnie. Na me nieszczęście, chyba zaliczam się do tej drugiej kategorii.
Katarzyna Bonda po perfekcyjnie napisanym „Pochłaniaczu”, postanowiła przebić samą siebie w „Okularniku”. Dlatego powieść dramatycznie zwiększyła swą objętość – do przerażającej ilości 843 stron – a historia musiała być jeszcze bardziej przerażająca i sprawiająca, by czytelnik musiał szczęki zbierać podłogi. Co sprawiło ni mniej ni więcej, że postaci pobocznych jest bez liku, a sam wstęp trwa 250 stron. To jak jazda kolejką górską – najpierw powolny podjazd pod górę – no może w tym wypadku zbyt długi –potem zaś nagły i emocjonujący zjazd w dół. W „Okularniku” jeden etap przechodzi w drugi bez zgrzytów, aczkolwiek nie można pozbyć się wrażenia, że można by szybciej przejść do meritum.
Jedno trzeba Bondzie przyznać – solidnie się przygotowała. Wątek historyczny został napisany bez ani jednego potknięcia, a dodatkowe punkty autorka zdobywa za przytoczenie mało chlubnego momentu historii czyli działań „Burego”. Obok przedstawienia zwyczajów Białorusinów i relacji polsko-białoruskich, jest to najlepiej napisany wątek „Okularnika”.
„Okularnik” może się spodobać lub nie. Szansa, że czytelnik zgubi się w tej koronkowo precyzyjnej fabule jest spora, zaś relacje pomiędzy bohaterami w natłoku zdarzeń stają się zbyt zagmatwane – autorka dla dobra odbiorców powinna przemyśleć zamieszczanie krótkiej ściągi dla tych, którzy się zgubili. Próba pobicia samej siebie trochę Bondzie wyszła bokiem, ale należy mieć nadzieję, że autorka nie poczęstuje czytelników tysiącstronicowymi „Lampionami”.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?