
(…), bo literatura to nie tylko słowa, lecz także odczucia, jakie budzą w czytelniku. O wartości literatury stanowi przekroczenie właśnie tej granicy, nie zaś, wbrew opinii wielu osób, przekroczenie granic formalnych samych siebie.
REKLAMA
Karl Ove Knausgård to pisarz niezwykły. Przekazując swoją historię, nakreślił życie kilkuset tysięcy swoich równolatków, pokolenia ludzi urodzonych w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Tych, którzy zmagają się teraz z pieluchami, zaprowadzaniem dzieci do przedszkola, rozwodami i szukaniem swojego miejsca w świecie.
„Moja walka” to sześciotomowa autobiografia pisarza w Polsce w zasadzie nieznanego – oprócz jego historii na naszym rynku wydano tylko jedną jego powieść. Tym bardziej widoczny i zadziwiający jest sukces Karla Ove Knausgårda w Polsce. Nic nie mówiące większości polskim czytelnikom nazwisko, twórczość będąca tajemnicą i jedynie ci, którzy wcześniej natrafili na wydaną „Wszystko ma swój czas” mogli z dumą powiedzieć „tak, wiem, kto to jest”. Dla reszty zaś Karl Ove Knausgård stanowił jedną wielką niewiadomą.
To wszystko odmieniło pojawienie się polskiego tłumaczenia „Mojej walki”. Autobiografia rzeka szturmem podbiła listy bestsellerów, stając się współczesnym „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Tu zaś nim wydawnictwo pójdzie po rozum do głowy i idąc za ciosem wyda pozostałe książki Knausgårda, „Moja walka” będzie się bardziej jawić jako powieść obyczajowa niż autobiografia.
Po świetnym tomie pierwszym poświęconym ojcu, życiu w jego cieniu, obok niego, o radzeniu sobie z tragedią, w tomie drugim opisuje swoje życie jako głowy rodziny. O ile mianownikiem części pierwszej był ojciec, to analogicznie Laura – żona autora – może być części drugiej. Pierwszy tom był śmiercią. Drugi poświęcony całkowicie życiu – od cudu narodzin aż po późną starość i powolne odchodzenie. Kontrasty pomiędzy oboma tomami można mnożyć w nieskończoność. A jednak dzięki tym różnicom dopełniają się idealnie.
„Moja walka” to również swoista kopalnia kultury skandynawskiej. Nazwiska poetów i pisarzy norweskich, szwedzkich czy duńskich pojawiają się często, niekiedy wraz z odautorskim komentarzem Knausgårda. Nie mogło być jednak inaczej. W końcu autor obraca się w kręgach artystycznych – a przynajmniej obracał – i większość jego znajomych pisaniem zarabiała na życie. Jednak o ile skandynawscy czytelnicy problemu z rozpoznaniem postaci, o tyle dla większości Polaków będą to tylko puste nazwiska. Co prawda dzięki popularności „Millenium”, która otworzyła dla naszego rynku furtkę dla skandynawskiej literatury, można mieć nadzieję, że prozę lub poezję, któregoś z tych autorów poznamy.
Mam jedną uwagę do „Mojej walki”. Po lekturze dwóch tomów czytelnik poznał jedną trzecią historii, a Knausgård zamieścił tam na tyle wiele informacji i anegdotek, że można uznać je za zamknięty cykl. Zastanawiające jest, co autor zamieści w pozostałych czterech. Historię jego życia z Tonje, pierwszej żony? Tego, co działo się po opublikowaniu pierwszego tomu autobiografii? Prawdopodobnie, ale to nadal jedynie dwa tomy opowieści. Trochę obawiam się, że im dalej w las, tym będzie gorzej. Jednak nie należy wywoływać wilka z lasu. Póki co jest świetnie.
Marta Kraszewska
